piątek, 20 marca 2015

'Sharapanjara' (1971) & 'Belli Moda' (1967) - kobiety z powieści Triveni w filmach Putanny Kanagala

Kiedyś już pisałam o jednym z filmów Puttany Kanagala, reżysera kannada, który w latach 70-80 w ramach głównego nurtu poruszał ciekawe, niebanalne tematy, bohaterkami swych filmów czyniąc kobiety. Zważywszy na lata powstania nie robiłam sobie wielkich nadziei na zdobycie innych jego podpisanych filmów, czasem jednak zdarzają się cuda i takowe trafiły mi się aż dwa. W tym debiut reżysera (jeszcze czarno-biały). Co ciekawe, okazało się potem, iż oba tytuły są adaptacjami powieści tej samej, uznanej pisarki kannada, Anasuyi Shankar, piszącej jako Triveni. I w obu główne role zagrała Kalpana, aktorka, którą z Kanagalem łączyła szczególna relacja, zdaje się nie tylko zawodowa (myślę, że można to porównać trochę do casusu Guru i Waheedy w kinie hindi).
 
Przechodząc jednak do rzeczy: Sharapanjara, laureat Nationala dla najlepszego filmu kannada, to opowieść o społecznym postrzeganiu ('stygmatyzacji') osób leczonych psychiatrycznie. Oraz (choć ta kwestia jest dla mnie mniej czytelna w filmie) kwestii obowiązkowej 'czystości' kobiety. Bohaterka filmu, Kaveri, jest piękna, wykształcona i pochodzi z dobrej rodziny. Nic dziwnego zatem, że Satish szybko się w niej zakochuje i żeni. Przez dłuższy czas trwa małżeńska sielanka. Mają piękny dom, wygodne, szczęśliwe życie, pojawiają się też dzieci... Ale po drugim porodzie zaczynają się problemy.  Kaveri dziwnie się zachowuje i coraz  bardziej traci równowagę psychiczną. Co ciekawe (bo kino rzadko pokazuje to w ten sposób nawet teraz, a w końcu to stary film) medycznie sprawa zostaje poprowadzona bez zarzutu. Lekarz rodzinny najpierw sądzi, iż to poporodowa depresja i sprawa się wkrótce unormuje, ale gdy poprawy brak sugeruje mężowi kontakt z psychiatrą (tłumacząc, iż nie ma w tym nic wstydliwego), wkrótce Kaveri trafia do szpitala psychiatrycznego, a po zakończonym - udanym - leczeniu zostaje wypisana ze stosownymi zaleceniami lekarzy dla rodziny. Znaczy, że będzie wymagać teraz szczególnej troski i wyrozumiałości bliskich. Serio, obraz leczenia psychiatrycznego w tym filmie to jeden cudowny obrazek:) Obraz otoczenia, do którego wraca Kaveri jest już za to bardziej 'typowy'. I nazwałabym go nie tyle problemem jednej strony (społeczeństwa), co kwestią pewnego rodzaju 'niekompatybilności'. Pewne zachowania otoczenia (zwłaszcza dalszego) względem Kaveri są bowiem oczywiście koszmarne, ale inne wynikają chyba bardziej z tego, iż trudno jest traktować ją jednocześnie szczególnie (bardziej wyrozumiale), ale i 'normalnie' (by nie odczuła, iż traktuje się ją 'jak dziecko', bo to z kolei bardzo zwykle denerwuje taką osobę i tworzy się 'pętla').  No i jest jeszcze ta kwestia 'czystości'. W trakcie jednego ze swych załamań Kaveri wyznaje mężowi, iż wstąpiła w małżeństwo nie będąc już dziewicą (okoliczności utraty owegoż nie są dla mnie jasne: można je znaleźć w necie, ale ja - mimo szczególnej uwagi - tego w samym filmie nie słyszałam). Niezależnie jednak od wszystkiego, faktem jest, iż dla Satisha staje się to rzeczą 'nie do przeskoczenia'. Na dodatek okażę się w tym być hipokrytą. No ale przecież 'jak wiadomo' kobiet tyczą inne zasady niż mężczyzn...
Dotąd same pozytywy, niemniej Sharapanjara  nie jest pozbawiona i wad. Jak napisałam Kanagal tworzył w ramach ówczesnego mainstreamu. Konsekwencją tego jest 'wrzucenie' całej tej niebanalnej problematyki w konwencję ówczesnego komercyjnego kina. Czyli np. cała pierwsza połowa filmu  stanowi sielski romantyczny (i nudny:P) obrazek (i jasne jest, iż owo zdecydowanie przydługie wprowadzenie zostało 'skrojone' pod przeciętnego, oczekującego sztampowego romansu widza). I nawet potem - gdy owa idylla zostaje wreszcie złamana - w wielu momentach jest jednak zbyt melodramatycznie, zbyt 'krzykliwie' (w myśl ówcześnie dominującej, zwłaszcza właśnie na południu, stylistyki).  Owszem, zapewne dzięki temu Kanagal docierał ze swymi rewolucyjnymi jak na owe czasy tematami do szerokiego grona odbiorców (większość jego filmów było sporymi komercyjnymi sukcesami), dzisiejszemu widzowi jednak ogląda się przez to jednak trochę trudniej. Myślę, że mimo wszystko jednak warto. Nie tylko poznawczo, ale i dlatego, że pod tą nieco przestarzałą warstwą tkwią jednak problemy dość aktualne i dzisiaj... Ważne też myślę w jaki sposób film się kończy - nie ma tu bowiem (co cenne, a pewnie ryzykowne) optymizmu 'na siłę'.

Drugi tytuł, Belli Moda,  to - jak już wspomniałam - debiut Kanagala. I jeszcze czarno-białe kino. Bohaterka także jest 'dobrze urodzoną' panną i przyszłą dziedziczka tytułowej posiadłości. Indirą zainteresuje się Mohan. Wszystko wydaje się dobrze układać. Ojciec dziewczyny sfinansuje nawet przyszłemu zięciowi studia w Stanach. W trakcie pobytu Mohana za granicą sytuacja ulegnie jednak znaczącej zmianie. Przy porodzie umrze matka Indiry. Dziewczyna siłą rzeczy przejmie rolę pani domu,  troskliwie zaopiekuje się też małym braciszkiem.  Gdy do kraju wraca Mohan wydaje się, iż wreszcie będzie mieć więcej wsparcia. Czeka ją jednak niemiła niespodzianka. Narzeczony oznajmia jej bowiem, iż nie może się z nią ożenić. Indira przyjmuje to z zaskoczeniem, ale mimo tego drąży sprawę. Poznał inną?  Nie. W końcu domyśla się, iż problem polega na tym, że po prostu teraz to jej mały brat będzie spadkobiercą 'włości', nie ona. Mimo tego ciosu Indira potrafi zachować klasę i godność. Jak również wyjść poza swe zranione uczucia i wciąż troszczyć się o innych. Jednak coś w niej 'pękło'. Bezpowrotnie chyba znikła ufna, radosna, kochająca dziewczyna. Ta teraz nie pozwoli już sobie złamać serca.  Jest w tym owszem i sporo goryczy, ale także i jakaś siła. I to mi się w tym filmie podoba najbardziej. Co ciekawe Belli Moda sprawia wrażenie zdecydowanie 'surowszego', oszczędniejszego filmu niż późniejsze dzieła Kanagala (nie mylić jednak z totalnym pozbawieniem melodramatyzmu). Swoją rolę odgrywa tu zapewne ów brak kolorów (czerń i biel jednak dużo 'uszlachetnia'), chyba jednak nie tylko (zresztą znalazłam w necie pewne ciekawe omówienie Kanagalowej twórczości, gdzie również zwraca się uwagę na to, że we wczesnych filmach jest jednak trochę delikatniejszy, oszczędniejszy w stosowanych środkach). Charakterystyczne dla i wcześniejszych i późniejszych filmów reżysera jest chyba jednak fakt irytujących męskich bohaterów:P I to kobiety - i kreacje grających je aktorek - pozostają w pamięci po seansach. Miło:) A jako, iż Kanagal ceniony był także za sposób filmowania piosenek mały przykład i w tej kwestii (tu też czarno-białe wygląda szlachetniej:D)


I może jeszcze na koniec coś więcej o Kalpanie, bo to też ciekawa (i tragiczna) historia. Aktorka, która przez ponad dekadę była na topie i cieszyła się uznaniem zarówno widzów, jak i krytyków, pod koniec lat 70.  popadła już w zapomnienie. Prawie przestała dostawać propozycje (los niejednej żeńskiej gwiazdy 'w pewnym wieku'- także i dziś). Gdy dodatkowo 'posypało' jej się i życie prywatne (kryzys w burzliwym małżeństwie) popełniła samobójstwo. Miała wówczas 36 lat. 
W styczniu tego roku na ekrany kin w Karnatace wszedł film o jej losach. Nosi tytuł Abhinetri.

niedziela, 8 marca 2015

Shabana Azmi jako 'Godmother' (1999), czyli cena władzy

 Dzisiejszy dzień jest chyba idealny na reusing tej starej forumowej filmowej notki. Bo women power rulezz!


Rambhi i Veeram to małżeństwo farmerów, których bieda wygania ze wsi do miasta. Tam Veeram podejmuje pracę dla mafii, znaczy 'perswaduje' różne rzeczy opornym. Jest w tym dobry, ale pewnego dnia - w związku z jednym ze zleceń  - przychodzi moment refleksji i Veeram postanawia skończyć z przemocą (co ślubuje uroczyście w świątyni). To nie spodoba się jego chlebodawcy i wkrótce Veeram zostanie zabity. Wtedy okaże się, iż Rambhi nie jest tylko taką 'typową' żoną i matką, bo kobieta owszem, założy wdowi welon, ale jednocześnie postanowi wejść sama w ów przestępczy światek. Najpierw z myślą o wymierzeniu sprawiedliwości mordercom męża, ale potem zostanie lokalnym donem i jej władza będzie rosnąć. Kwestia oczywiście jakim kosztem i czy w końcu go dostrzeże...

 Niezależnie od tego, iż opowiedziana przez Vinaya Shuklę historia ma swe autentyczne 'lokalne korzenie' (postać Rambhi jest w dużej mierze inspirowana losami Santokben Jadeji, szefowej mafii z Porbandaru) większości tytuł tego filmu będzie się zapewne kojarzył z Ojcem chrzestnym. I nie jest to też skojarzenie od rzeczy. Choć są i oczywiście różnice. Związane i z realiami (w tle mamy np konflikty społeczno-kastowe), ale i z tą zamianą 'ojca' na 'matkę'. Znaczy to jest uniwersalna, 'ludzka' opowieść, ale jednak fakt, że główną bohaterką jest kobieta (która można powiedzieć wkracza na tradycyjne 'męskie terytorium') ma swoje znaczenie.

Shabana jest (zwyczajowo) niesamowita (za tę rolę dostała - zasłużenie - swego 5 Nationala): jej bohaterka, niewątpliwie silna kobieta, budzi całą paletę emocji u widza i trudno chyba ją jednoznacznie ocenić. Jej 'prawą rękę' (rzec by można - zważywszy na jego strój przez dużą część filmu - 'anioła śmierci') gra niezmiennie fascynujący Nirmal Pandey, jako dorastający syn bohaterki debiutuje młodziutki Sharman Joshi (on jest uroczy, o jego bohaterze absolutnie trudno to powiedzieć...), poza tym na drugim planie mamy Milinda Gunajia czy Govinda Namdeo. 'Najsłabsze ogniwa' to natomiast niespecjalnie przekonująca Raima Sen i jej wybranek.

Muzykę (też zwyczajowo świetną) napisał Vishal Bhardwaj. Z piosenek wybrałam tę, która (to nie moje spostrzeżenie, ale nader celne) pokazuje moment, gdy to bohaterka najbardziej wchodzi w 'męską rolę':

Warto zobaczyć, że w latach 90 w kinie hindi powstawały i takie rzeczy. I były takie postaci kobiece.


środa, 25 lutego 2015

Filmowy przegląd 2014 roku - 'próbki' z kina marathi, bengalskiego i ... pendżabi ;)

Wracam do podsumowania ubiegłego roku. W którym dotarłam wreszcie bardziej na północ - ale jeszcze nie do kina w hindi ;)

 Timepass (marathi)

Jestem fanką Raviego Jadhava od czasu obejrzenia genialnego Natrang. I to dlatego zdecydowałam się w końcu obejrzeć Timepass - mimo poczucia, że mam już trochę dość tych, mocno ostatnio obecnych w kinie marackim, nostalgicznych 'opowieści z dzieciństwa' (czy nastolęcych lat). Nawet jeśli to, co widziałam do tej pory (choćby zrobiony przez Jadava poprzednio Balak Palak) się mi podobało. Zaczęłam więc oglądanie tej historii o pierwszej miłości ubogiego chłopaka i dziewczyny z dobrego domu dość nieufnie, na pewien 'dystans'. Z czasem jednak 'kupiła' mnie ta 'zwyczajna' opowieść: swą delikatnością, prostotą, emocjami, prawdziwością młodych bohaterów i ich otoczenia...  I nawet się już nie denerwuję zapowiadaną kontynuacją:P Bo przywiązałam się do bohatera na tyle, że jestem gotowa mu dalej kibicować - żeby faktycznie teraz udowodnił, że to było coś prawdziwego, znaczącego, a nie tylko ów tytułowy timepass (no i jestem ciekawa, jak to zrobi:D)

Chotushkone (bengalski)

Drugi film Srijita bez Prosenjita i - podobnie jak debiut - znów świat filmu. Ale inaczej, bo bardziej z suspensem. Tajemniczy producent zatrudnia czwórkę reżyserów do pracy nad nowelowym projektem. Każdy z nich ma wyreżyserować jedna nowelkę, a 'zleconym' tematem przewodnim całości jest.. śmierć. Przeciekawym pomysłem było zatrudnienie do głównych ról prawdziwych reżyserów i to takich 'z różnej półki' (zarówno wiekowo, jak pod względem rodzaju kina, z jakiego są znani), a jednocześnie mających za sobą też i doświadczenia aktorskie (jedni mniejsze - jak Goutham Ghoose, inni większe - jak Aparna czy Parambrata). Akcja toczy się trochę wielopłaszczyznowo: poza sferą bieżących relacji (i samochodowej wyprawy na spotkanie z owym tajemniczym producentem) mamy też 'przebłyski' dawnych czasów (niektórzy z bohaterów znają się dość dobrze od dawna, zresztą cała relacja Triny i Dipto to jedna z moich ulubionych rzeczy w filmie), oglądamy także 'zajawki' ich pomysłów na owe tematyczne nowelki filmowe (mnie się najbardziej podobały dwie pierwsze:D) - i długo nie możemy być pewni, do której sfery przynależą owe intrygujące, stylizowane kadry, które widzimy na samym początku filmu.... No i jest też narastające napięcie. Można chyba oglądać ten film i bez orientacji w 'bengalskim światku' (znaczy jako 'zwykłą' suspensową fabułę), ale - podobnie jak przy Autographie - traci się wtedy pewną 'podskórną' warstwę (w każdym razie ja miałam dodatkową frajdę z tego, że trochę mi się w pewnych momentach jakby zacierała granica między postacią, a odtwarzającą ją osobą). No i fajnie wiedzieć choćby, że dla odtwarzającego rolę Dipto Chiranjeeta ten film był podobnym przełomem  jak dekadę wcześniej dla Prosenjita filmy Rituparno (znaczy pokazał aktorski talent bardzo popularnego, ale mało poważnie dotąd traktowanego gwiazdora), a w roli producenta pojawia się na chwilkę kolejny (czyli już piąty) znany reżyser:D. Najwięcej obiekcji budzi zakończenie - ja aż takich problemów z nim nie mam, tak czy siak z pewnością warto zobaczyć Srijitową 'zabawę' kinem.


Punjab 1984 (pendżabski)
Rzadko oglądam filmy pendżabskie, bo i trudno mi trafić na coś sensownego z tej kinematografii (a ichniejsze wersje kolorowych romansideł 'przejadły' mi się po 2-3 tytułach). Ten tytuł zapowiadał się zupełnie inaczej. Ciekawie (zwłaszcza, gdy lubi się poznawać indyjską historię najnowszą przez kino - jak ja). Tytułowy rok odnosi się oczywiście do niechlubnej kwestii pogromów sikhów po zabójstwie Indiry Gandhi. To wydarzenie odbiło się boleśnie na losach niejednej pendżabskiej rodziny. To opowieść o losach jednej z nich. Dramat której rozpoczyna się, gdy ojciec zostanie zabity podczas pielgrzymkowej wizyty w Amritsarze. Po tym zdarzeniu spokoju nie zazna już ani uznany (chcąc-nie chcąc) za terrorystę syn, ani matka (która niewiele z tego wszystkiego rozumie, ale desperacko walczy o swych bliskich). Nie wszystko w tym filmie zachwyca (zwłaszcza, gdy zna się choćby podejmujące podobną tematykę, a jednak lepsze, bo subtelniejsze Gulzarowe Maachis). Wolałabym choćby, żeby zamiast postaci 'bojowego' syna więcej czasu poświęcono matce (to było znacznie ciekawsze, a - świetna - Kirron miałaby więcej do zagrania), ale są sceny, które niewątpliwie robią wrażenie (trudno chyba zapomnieć finał z prawdziwymi matkami, trzymającymi zdjęcia swoich zaginionych/zabitych synów, a bardziej 'fabularnie' jestem zachwycona choćby tym, jak została zrobiona scena aresztowania wracającego z pola bohatera), no i jakże fantastycznie  (i naturalnie) funkcjonuje w tym filmie pendżabska muzyka, którą uwielbiam. A i jeszcze cudowny, podły Pawan Malhotra:P Może i chciałoby się jeszcze więcej (znaczy więcej niuansów), ale to pierwszy pendżabski film, który będę naprawdę dobrze wspominać.

 

Obejrzane wcześniej:   Jaatishwar, Apur Panchali, Highway (b), Fandry (m)
Czekam na dvd:   Yellow, Ek Hazarachi Note, Dr Prakash BabaAmte, Happy Journey (m)

piątek, 20 lutego 2015

K. Vishwanath - telugowy 'piewca sztuki'

Na 80. urodziny Mistrza założyłam mu wątek na bollywood.pl. 85-te to chyba dobra okazja, żeby (po drobnym przeredagowaniu) przypomnieć ową notkę na blogu:) Zwłaszcza, że mam tu już stosowny (a dawno nie aktualizowany) dział, a - jak zapowiadałam - nie chciałabym, żeby notki w nim pojawiały się tylko przy okazji śmierci owych wielkich kina.
 
Najznakomitszy reżyser kina telugu, K. Viswanath (czyli Kasinadhuni Viswanath) urodził się 19 lutego 1930 roku w dystrykcie Guntur, w Andhra Pradeś oczywiście. Do branży filmowej trafił 'dla chleba', jako technik dźwiękowiec i początkowo w ogóle nie myślał o zostaniu twórcą. To przyszło stopniowo, w trakcie współpracy z różnymi znakomitymi reżyserami, którzy dyskutowali z nim o tajnikach i procesie tworzenia filmów. W końcu przy pracy nad filmem 'Mooga Manasulu' jego reżyser zaproponował mu zostanie swym asystentem. A po kilkunastu kolejnych filmach dostał szansę samodzielnego debiutu jako reżyser - filmem tym była 'Atma Gouravam' z  ANRem w roli głównej. Był rok 1965, ale - choć kręcił dużo i już jego wczesne filmy cieszyły się uznaniem i zdobywały nagrody (a były wśród nich także ciekawe obrazy, w których głównymi bohaterkami były kobiety) - najlepsze dzieła Vishwanatha zaczęły powstawać dopiero ponad dekadę później. Jaskółką nurtu 'o sztuce' była Siri siri muvva, prawdziwym przełomem stał się zaś nakręcony w 1979 roku 'Shankarabharanam'. Film bez gwiazd w obsadzie, któremu nie towarzyszyła żadna kampania reklamowa. Premiera odbyła się w jednym kinie przy prawie pustej sali, ale 'reklama szeptana' sprawiła, że ostatecznie stał się jednym z największych hitów kasowych tegoż roku. A potem zdobył jeszcze 4 National Awards (w tym dla najlepszego filmu popularnego oraz za muzykę). Jego sukces rozpoczął także cały trend filmów poświęconych sztuce w kinie telugu. (wśród nich były kolejne filmy samego Vishwanatha, takie jak Saagara Sangamam, Sruthi Layalu, Swarna Kamalam, Sirivennela czy Swathi Kiranam).
Bo i Vishwanath nie bez przyczyny otrzymał przydomek Kala Tapasvi czyli piewcy sztuki. Wiele jego filmów jest bowiem głęboko zakorzenionych w południowoindyjskiej kulturze i sztuce. Pokazują one jej bogactwo i piękno. Możemy tam zobaczyć wiele klasycznego tańca i usłyszeć sporo tradycyjnej muzyki. Muzycznymi współpracownikami Vishwanatha w tym dziele byli tacy uznani kompozytorzy jak Ilaiyaraaja  i KV Mahadevan. Mała próbka, czyli OST ze Shankarabhanaram:

Jednak pochwała owej rodzimej tradycji nie oznaczała bynajmniej zamknięcia oczu na pewne istniejące problemy społeczne (często też wszak z tą tradycją związane). Drugi ważny nurt twórczości Vishwanatha obejmuje bowiem kino społecznie zaangażowane. W Saptapadi mówił o kwestii aranżowanych małżeństw i problemie związków międzykastowych, w Swathi Muthyam poruszał problem wdów, w Swayam Krushi pokazywał osiąganie sukcesu przez ciężką, rzetelną pracę, a w filmie Subhalekha krytykował system posagów.
Z planu Sagary Sanganam
W filmach Vishwanatha jedne ze swoich najlepszych ról stworzyli tacy aktorzy jak Kamal czy Chiru. Obaj zagrali u niego trzykrotnie. Jednak filmy Vishwanatha, czy ze 'znanymi nazwiskami' czy nie, zawsze są przede wszystkim jego filmami, a aktorzy u niego wcielają się w dane postaci, a nie są 'gwiazdami'. Nic dziwnego, że choćby Venkatesh po 20 latach kariery do dziś podaje z dumą przykład swej roli w 'Swarna Kamalam', a Chiru uważa Vishwanatha za człowieka, który nauczył go aktorstwa.
Na planie Swayam Krushi
Filmy Vishwanatha były doceniane jednak nie tylko w AP. Reżyser ma bowiem na koncie 6 National Awards, a 'Swathi Muthyam' było w 1986 roku indyjskim kandydatem do Oscara. Jest także laureatem Padmashri czy Raghupathi Venkaiah Award. 
Z innym wielkim reżyserem z południa - Balachanderem
W latach 80 Vishwanath zaczął kręcić także w kinie bolly. Najpierw głównie remaki swoich najsłynniejszych filmów telugu, ale potem zrobił i parę 'oryginalnych' filmów hindi (w tym okresie dużo współpracował z Rakeshem Roshanem, a w jego filmach grali młodziutcy Anil, Madhuri czy Ajay)
Reżyser nigdy nie chciał robić 'sztuki dla sztuki', bo zawsze wierzył, że kino jest przede wszystkim medium służącym rozrywce. Tyle, że w trakcie tej rozrywki można przekazać widzom i jakieś przesłanie.
Z etatowo śpiewającym w jego filmach Balasubramaniaynem
Od jakiegoś jednak czasu (także w związku ze spadkiem 'zapotrzebowania' na jego kino) Vishwanatha można częściej zobaczyć przed niż za kamerą. Zaczął grać w latach 90, też trochę z przypadku (poza tym Kamal przekonał go, że aktorstwo to 'płatne wakacje':D). Można go więc zobaczyć m.in w Tagore, AMAV, Andhrudu, Pandurangadu, Mr Perfect czy Devastanam, a i w kinie tamilskim - choćby w Yaradi Nee Mohini, Linga czy nadchodzącym Utthama Villain.
Zatem na koniec Vishwanath w harikatce z Devastanam:


poniedziałek, 16 lutego 2015

Indrani (1958) - kochać to patrzeć razem w tym samym kierunku

Zapowiedziałam w poprzednim poście 'zwieńczenie Uttamowo-Suchitrowej trylogii', tymczasem oto kolejny z rzędu post poświęcony tej parze:P Wiem, że tetralogia to tak już nie bardzo brzmi, ale skusiłam się na Walentynki z Uttamem i Suchitrą a jeden z filmów okazał się tak interesujący, że grzech byłoby o nim nie napisać:)  Takiej bohaterki - wykształconej i niezależnej - jaką pokazuje ten film sprzed prawie 60 lat, mogłoby bowiem pozazdrościć wiele współczesnych produkcji z Indii.
Tytułowa Indrani pochodzi z niezbyt bogatej rodziny (i wychowuje ją samotnie ojciec), ale jest świetną uczennicą. Gdy wyjeżdża na studia do Kalkuty, zaprzyjaźnia się z Jayanti, a potem poznaje jej starszego brata, Sundarana. Młodzi 'wpadają sobie w oko' i od razu wychodzi niezależność bohaterki: to ona bowiem proponuje chłopakowi, żeby się pobrali (fakt, że jego sytuacji nie ułatwia, iż mimo świetnego dyplomu, od 2 lat nie może znaleźć pracy) i skutecznie rozwiewa jego obawy, z czego się utrzymają. Potem jedzie sama do swego ojca, żeby go poinformować (poinformować, niekonieczne prosić o zgodę:P), że się zakochała i zamierza poślubić swego wybranka (a na obiekcje ojca względem pochodzenia chłopaka - 'jaki kapłan da Wam ślub'? - błyskawicznie odpowiada: 'weźmiemy tylko 'rejestrowany':D). Tak, ta dziewczyna zdecydowanie wie, czego chce. Ale mieszkanie kątem u teściów za przyjemne nie jest, zatem intratna i prestiżowa propozycja pracy (dyrektorki szkoły, na dodatek z 'mieszkaniem służbowym') dla Indrani zdaje się być zbawieniem. Jednak sytuacja, w której to ona go utrzymuje (a co gorsze, z czasem coraz bardziej daje mu odczuć, kto 'w tym domu rządzi' i ustala zasady) nie sprzyja utrzymaniu szczęśliwego związku. Coraz bardziej sfrustrowany sytuacją Sundaran znosi i tak dużo (już dokonany przez Indrani podział pokoju na jej i jego część i określenie zasad dostępu jednej osoby do części drugiej powinien wywołać poważną reakcję), w końcu jednak (przy zarzucie podważania jej 'dyrektorskiego  'prestiżu') przelewa się czara goryczy... To nie jest jednak film o tym, jakim złem jest niezależna kobieta. Nie jest to także (choć przez pewien czas może to tak wyglądać:D) film z socjalistycznym przesłaniem, że to materializm jest źródłem wszelkich problemów. Ostatecznie - przynajmniej moim zdaniem - Indrani opowiada bowiem o tym, że żeby zbudować udany związek musi być on tworzony wspólnie, przez dwójkę równoprawnych, mających własne zdanie i liczących się ze sobą partnerów. Takim partnerem nie jest ani nadmiernie dominująca Indrani, ani zbyt uległy i pozbawiony poczucia własnej wartości Sundaran i w obojgu muszą dokonać się zmiany. Tak by byli w stanie budować coś razem. Pochwała opartego na partnerstwie związku w filmie z lat 50? Ha! A na dodatek w kasowym wówczas filmie:) Na pewno do jego sukcesu przyczyniła się i wiadoma para w rolach głównych i przepiękna muzyka (naprawdę, prawie wszystkich piosenek chce się słuchać i słuchać ponownie, więc nie jestem w stanie wybrać i tu zaprezentować po prostu jednej), ale jednak to nie jest tak, że znane, lubiane twarze i chwytliwe piosenki starczą, żeby zrobić z każdego niezupełnie rozrywkowego fabularnie filmu kasowy hit (na co jest wiele starszych i nowszych przykładów).  No i jak miło zobaczyć w starym indyjskim filmie taką deklarację 'płciową' dumnego ojca :)
Film w częściach na YT (z ang napisami)

piątek, 13 lutego 2015

Najpiękniejsze piosenki duetu Uttam - Suchitra

Pomyślałam, że Walentynki to dobra okazja, żeby zakończyć moją postową 'trylogię' tematyczną przeglądem najpopularniejszych piosenek z filmów słynnego bengalskiego duetu.

Nie da się go rozpocząć inaczej niż od słynnej pieśni 'na motorku' z filmu Saptapadi (ikonicznego melodramatu z wojną w tle). Zwłaszcza iż była to i pierwsza piosenka tego duetu, którą ja usłyszałam i zobaczyłam. O tym, jakie przełomowe było w swym czasie, iż Uttam i Suchitra się na ekranie obejmowali już pisałam, nie wspominałam natomiast chyba, iż - według relacji wnuka Uttama - tak naprawdę para nigdy nie jechała tym motorem:D (reżyser skomponował sprytną mieszankę zbliżeń aktorów i scen szerszego planu, w których to na motorze siedzieli dublerzy:D). Inną ciekawostką są okoliczności nagrywania samej piosenki. Twórcy uznali bowiem pierwotnie, iż jest ona na tyle łatwa, że może niekoniecznie trzeba angażować do jej zaśpiewania 'stały' głos Suchitry, czyli Sandhyę Mukherjee i zatrudnili inną, mniej uznaną playbacksingerkę. Niestety podczas nagrania okazało się, iż efekt był daleki od oczekiwanego (problematyczna była zwłaszcza.. fraza lalala:D)  Zatem chcąc niechcąc musieli poprosić jednak o pomoc Sandhyę. A oto efekt ostateczny, czyli Ei poth jodi na sesh hoy (Sandhyi towarzyszy  'etatowy' głos Uttama, czyli Hemanth Mukherjee - jednocześnie także kompozytor tego utworu):
O dalszych piosenkach już krócej:) Oto słynna Tumi Je Aamar, czyli 'zapomniana melodia' z Harano Sur - filmu z amnezją w tle. Śpiewa tym razem Geeta Dutt (drugi słynny głos Suchitry). Notabene ta piosenka doczekała się także wersji hindi, ale nie zdobyła ona podobnej popularności.
Pierwsza piosenka w tym zestawie, którą udało mi się znaleźć na YT z angielskimi napisami, czyli Surjo Dobar Pala z filmu Indrani (gdzie Uttam z Suchitrą grają małżeństwo w kryzysie, na skutek tego, iż ona robi większą karierę niż on). Niech zatem słońce zachodzi - śpiewa Hemant Mukherjee:
 A oto jedna z najsłynniejszych piosenek z filmu Agnipariksha - Jodi Bhool Kore Bhool. Głosem Sandhyi Suchitra wyraża radosny stan zakochania (skrupuły, że przecież formalnie jest żoną kogoś innego - film opowiada o kwestii tradycyjnych aranżowanych dziecięcych małżeństw - przyjdą później..)
I kolejna podpisana piosenka, tym razem zdecydowanie smutna. W Nabarag Suchitra gra prostą, wiejską dziewczynę, którą jej bogaty i wpływowy maż poślubił właśnie zachwycony jej 'zwyczajnością', ale po ślubie zażądał od niej zmiany w celu dostosowania się do 'jego otoczenia', czyli wyższej society. Aami Jene Sune Bish Korechhi Pan, czyli 'świadomie wypiłam truciznę, porzuciłam nadzieję na szczęśliwe życie i cicho znoszę swój ból':
Tym razem wyjątkowo bez Suchitry w klipie (choć Uttam za fortepianem - też wyjątkowo nie głosem Hemantha, ale Shyamala Mitry - śpiewa właśnie o niej:)) - Aamar Swapne Dekha Rajkanya z filmu Sagarika:
A zakończę piosenką o księżycu - Ghum Ghum Chand - z filmu Sabar Uparey, który to bynajmniej nie jest czystą love story (bohater przede wszystkim chce udowodnić niewinność ojca, skazanego lata temu na dożywotnie więzienie za morderstwo, którego nie popełnił):
I zachęcam do posłuchania i obejrzenia także innych piosenek (i filmów) z udziałem tej cudownej pary :)

środa, 4 lutego 2015

MB Chowdhury: "Uttam Kumar & Suchitra Sen - pierwsza para kina bengalskiego"

Byli jak Radha i Krishna na srebrnym ekranie.
Madhabi Mukherjee
Idąc 'za ciosem', po biografii samego Uttama sięgnęłam po książkę,  która omawia fenomen Uttama i Suchitry jako pierwszej (i do dziś 'niepobitej') bengalskiej ekranowej superpary. Jej autorką jest kobieta i może dlatego ton tej książki jest zdecydowanie bardziej ciepły i osobisty niż w przypadku biografii Uttama (której 'suchość' jednak mi trochę przeszkadzała). Świetnym zabiegiem jest też rozpoczynane każdego rozdziału książki dobranym stosownie do jego zawartości cytatem z Tagore'a. Merytorycznie Maitreyee B Chowdhury, podobnie jak Mullick, wychodzi od nakreślenia tła epoki, w której pojawiła się owa ikoniczna para i nawet to jest napisane przystępniej (i zwraca uwagę na dodatkowe aspekty - jak choćby fakt, iż para Uttam-Suchitra stanowiła rodzimą 'odpowiedź' na 'inwazję' ówczesnych glamurowych par kina hindi - z Rajem i Nargis na czele - przywracając rodzimej kinematografii wielu bengalskich widzów, którzy w ówczesnych niełatwych czasach chcieli zobaczyć na ekranie nie tylko surowy realizm, z którego słynęło od początku kino bengalskie, ale 'powiew' innego, piękniejszego świata - taki eskapizm w dobrym stylu, z aktorami, do których można wzdychać i piosenkami, które można nucić po seansie).  Potem autorka przybliża osobno postać Uttama i Suchitry (i ich drogę do filmu). O ile w części tyczącej Uttama raczej nic mnie już tu nie zaskoczyło, o tyle o Suchitrze aż tyle nie wiedziałam - poczynając od tego, iż wprawdzie używała prawdziwego (znaczy po mężu) nazwiska, ale imienia już nie i że zaczęła karierę nie tylko jako już mężatka, ale także i młoda matka (Moon Moon w momencie jej debiutu miała bodajże 4 latka) - choć nie jest to, wbrew tezie autorki, pierwszy casus gwiazdy-młodej matki w kinie indyjskim (młodą matką, na dodatek samotną, była rozpoczynając karierę choćby Durga Khote). Maitreyee ubarwia te portrety masą smakowitych anegdot (choćby opowieść, jak to Suchitra podstępem szczepiła swego reżysera w czasie epidemii cholery:D), które jak sądzę pozwalają czytelnikowi zbliżyć się do bohaterów książki. Godną uwagi ciekawostką jest również  fakt, iż Suchitra - podobnie jak Uttam - także śpiewała (i w zasadzie najpierw to chciała nie grać, ale nagrywać piosenki), ale - w odróżnieniu do  casusu Uttama - udało jej się nagrać parę piosenek i do swoich filmów.  Przechodząc do analizy ich fenomenu jako pary autorka opowiada m.in o tym, jaką ikoną stylu była Suchitra dla wielu ówczesnych Bengalek (w tej parze Suchitra grała zwykle rolę osoby z wyższych sfer - takiej divy, a Uttam był raczej 'chłopakiem z sąsiedztwa') oraz jakie wrażenie robiła na widzach ekranowa intymność Uttama i Suchitry (na dzisiejsze czasy to pewnie niewiele, ale byli pierwszą bengalską parą, która na ekranie się dotykała i obejmowała).  Analizując ich niezwykłą chemię pisze też o najsłynniejszych wspólnych filmach (na końcu książki znajduje się ich pełen spis), scenach i piosenkach (jak Uttam miał jeden etatowy 'głos', tak Suchitra dwa:)), ale pisze też o tym, jakie relacje para miała prywatnie oraz zestawia fenomen jej popularności z przykładami słynnych par z kina hindi (stawiając tu kontrowersyjna pewnie tezę, że ich wyjątkowość polega na tym, iż w odróżnieniu od tamtych par - które były utożsamiane z jakimś jednym konkretnym aspektem miłości na ekranie -, Uttam i Suchitra sprawdzali się równie dobrze w jej wszystkich odcieniach). Pisząc pokrótce o rolach obojga w kinie hindi autorka zastanawia się, czemu nikt nie wpadł na pomysł, żeby obsadzić ich i tam razem (to faktycznie ciekawe pytanie). Przytacza też wiele interesujących opinii o Uttamie i Suchitrze z ust zarówno bengalskich, jak i hindi gwiazd (np. Dilip wychwala Suchitrę, a syn Uttama opowiada,  z jaką atencją gwiazd spotykał się jego ojciec będąc w Mumbaju).
Bardzo dobrze mi się to czytało i aż sobie westchnęłam z żalu, że już koniec... Bo - jak konstatuje i autorka - takich magicznych ekranowych par dziś już nie ma.