poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Aval Appaditham (1978) - taka jest Sripriya, czyli tamilskie kino feministyczne z lat 70-tych


Dziś umarła. 
Jutro się odrodzi.
Znowu umrze. 
Znowu się odrodzi.
Taka właśnie jest.

Ostatnie słowa filmu idealnie podsumowują jego bohaterkę. Kobietę niezależną (choć daleką od stereotypowego portretowania takich bohaterek obecnego w kinie indyjskim do dzisiaj - vide np Coctail - czyli krótkich spódniczek, picia, palenia i imprez w nocnych klubach. Bo przecież to to, co jest w głowie jest tu najważniejsze i jak najbardziej można być wyzwoloną kobietą i w tradycyjnym sari), która zdecydowanie 'żyje po swojemu'. Walczy, upada i podnosi się. Choć chyba nie potrafi już być szczęśliwa. Jak bowiem podsumowuje w innej słynnej scenie z tego filmu: szczęśliwym można być, gdy nie ma się pojęcia o 'wyzwoleniu kobiet'. Manju zdecydowanie ma. Na pierwszy rzut oka wydaje się zepsutą cyniczką. Tak zresztą opisuje ją jej szef z agencji reklamowej  (sam klasyczny egzemplarz MCP, do czego się zresztą też jasno przyznaje. Swoją drogą to fascynujące, że Rajni potrafi nawet takie postacie uczynić w jakiś sposób przykuwającymi uwagę. Well... to się chyba nazywa charyzma;)). I nawet jeśli nowo przybyły do firmy dziennikarz (który robi dokument o sytuacji kobiet), zupełnie inny typ faceta, niż ci z którymi Manju miała dotąd do czynienia (Kamal zwyczajowo grający wcielony ideał) nie daje się zwieść tym pozorom i próbuje się 'przebić' przez tę skorupę (bo tak naprawdę zachowanie Manju jest w dużej mierze jej wytworzonym mechanizmem obronnym) happy endu nie będzie. Nie w takim kinie.
Aval Appaditham to film z wielu względów wyjątkowy. Starczy może wspomnieć, że to dzięki temu jednemu filmowi jego reżyser, zmarły jakieś pół roku temu C. Rudhraiya, trafił do annałów kina tamilskiego i nie tylko (wszak pierwszy raz o tym filmie przeczytałam przy okazji IBN-owego zestawienia setki najlepszych tytułów w kinie indyjskim). Na dodatek był to jego debiut. Zafascynowany ideami francuskiej Nowej Fali twórca postanowił przenieść te idee na rodzimy grunt. Zgromadził wokół siebie grono podobnych młodych  zapaleńców (głównie - jak on - absolwentów prestiżowego dziś, a wówczas startującego, ćennajskeigo instytutu filmowego). Wśród nich był poznany także w owym instytucie Kamal. Aktor wówczas już dość uznany i zapracowany, ale jeszcze nie z gwiazdorskim statusem. I chętny też i do bardziej niszowych eksperymentów. To Kamal, któremu autorskie koncepcje Rudraiyi bardzo się spodobały, przyciągnął do tego filmu i Sripriye i Rajiniego. Wszyscy oni kręcili Aval Appaditham w przerwach między pracą przy innych, licznych projektach filmowych  (Kamal kręcił wtedy koło 20 filmów:P). Atmosfera była bardzo twórcza - w przerwach ujęć toczyły się dyskusje o światowym kinie i jak zrobiłby daną scenę Godard np^^  Film nie miał wielkiego budżetu, ale Rudhraiya miał jasną wizję tego, co chce osiągnąć i cyzelował ujęcia, sceny, dialogi...  No właśnie, oglądałam już niejeden film saute, ale chyba jeszcze nie było mi aż tak szkoda braku rozumienia dialogów, tu bowiem zdają się one być prawdziwą esencją filmu (zresztą na podstawie paru dostępnych na YT podpisanych fragmentów można się przekonać, jak były ważne i dobrze napisane). Film zrobił klapę w kinach, ale gdy pozytywne opinie o nim napisali tacy uznani już reżyserzy jak Bharatiraja i Mirnal Sen sytuacja się trochę zmieniła i szybko zyskał status dzieła kultowego. Zdobył też nagrodę stanowa dla najlepszego filmu, za zdjęcia i specjalną nagrodę za rolę Sripriyi.  Mogłoby się wydawać, iż kariera stanęła przed Rudhraiyą otworem, ale reżyser zrobił tylko jeszcze jeden film, który przeszedł bez echa, po czym nie udało mu się niczego innego doprowadzić do końca... Był bowiem chyba zbyt ambitny i niezależny, a to nie ułatwiało współpracy z nim. I chyba bał się, iż znów nie 'przebije' swego słynnego debiutu.  W każdym razie i tak, dzięki jednemu Aval Appaditham, filmowi niezwykłemu chyba nie tylko na tle tego, co działo się wówczas w kinie tamilskimprzeszedł do historii.
A na zakończenie, skomponowana przez Maestra Illayaraję, a śpiewana przez Kamala, jedna ze słynnych piosenek z filmu (tak, film był z założenia 'inny', eksperymentalny, ale nie znaczy, że pozbawiony piosenek - w końcu to przecież nie jest tak, że one same warunkują mainstreamowość filmu, a ich brak jego niszowość, prawda?^^)

piątek, 17 kwietnia 2015

Mahanagar (1963) - Madhabi idzie do pracy



Z każdym kolejnym obejrzanym filmem Raya upewniam się, jak krzywdzące jest postrzeganie go głównie przez pryzmat 'reżysera od Trylogii Apu' (czyli specjalisty od portretowania biednej indyjskiej prowincji). Tymczasem Ray potrafi świetnie sportretować i psychologiczne rozterki gwiazdy (vide Nayak) i dobrze sytuowaną dziewiętnastowieczną klasę średnią rodem z powieści Tagore'a (vide Charulata) i uboższą współczesną wielkomiejską klasę średnią - jak ma to właśnie miejsce w Mahanagar. Pozostając w przekonaniu, iż Indie to 'brud i bieda' łatwo bowiem przeoczyć fakt, iż w połowie XX stulecia (podobnie jak w Polsce po 2 wojnie światowej) także w Indiach (przynajmniej w dużych miastach, takich jak Kalkuta, gdzie toczy się akcja filmu) dokonywał się ważny społeczno-ekonomiczny przełom, w efekcie którego coraz więcej kobiet 'wychodziło z domu' i podejmowało pracę zawodową. Nie był to jednak jak u nas proces wspierany 'propagandowo' przez ówczesną władzę, ale po prostu konieczność ekonomiczna. Taka właśnie sytuacja tyczy bohaterki filmu, szczęśliwej żony i matki. Aarti (cudowna i absolutnie przepiękna Madhabi Mukherjee) nie chce iść do pracy, żeby realizować swoje ambicje, 'wyrwać się z domu', w którym się nudzi itp. Ona po prostu widzi, jaka jest sytuacja (że zarobki jej męża dawno przestają wystarczać na potrzeby rodziny - zwłaszcza że jest to rodzina 'rozszerzona', obejmująca obok ich dziecka także siostrę i rodziców Subraty) i chce wesprzeć, 'odciążyć' męża... Satysfakcja z pracy, niezależności, którą ona daje, przyjdzie dopiero z czasem (gdy zacznie być chwalona za wyniki, dostanie pierwszą pensję, potem podwyżkę, a i zobaczy, jak sprawdza się w samym kontakcie z ludźmi, klientami...) Podobnie niebanalny jest portret jej męża (i podobną - subtelnie pokazaną, ale psychologicznie znaczącą - ewolucję przechodzi jego postać). Na samym początku Subrata deklaruje głośno, że jest tradycjonalistą i jego zdaniem miejsce kobiety jest w domu, nie jest on jednak 'typowym' męskim szowinistą. Po prostu tak został wychowany i początkowo nie wyobraża sobie innego podziału ról. Jednak to on sam  znajduje żonie ofertę pracy, pisze jej list motywacyjny i wspiera w jej obawach wobec jasno wyrażanej dezaprobaty swego ojca wobec tego pomysłu ("przejdzie mu, jak za pierwszą pensję kupisz mu okulary, których od dawna potrzebuje"). I nawet jeśli sukcesy jego żony w nowej pracy  (zresztą też bardzo interesującej - i nowej wówczas na rynku - bowiem Aarti zostaje salesmanką sprzedająca sprzęt AGD metodą door-to-door) zaczynają w nim budzić coraz większą niepewność (miało to być dodatkowe, tymczasowe źródło dochodów dla rodziny, tymczasem zaczyna wyglądać, iż powodzi się jej w pracy lepiej niż jemu...), a i podejrzliwość, to ostatecznie nie kończy się to dramatycznym kryzysem, a przepiękną sceną wsparcia i zaufania (niektórzy krytycy wprawdzie piszą, że to wygląda zbyt hollywoodzko, ale przecież nie można się zawsze przejmować zdaniem krytyków:P).
Nie jest to jednak jedyny wątek w filmie. Ważny i ciekawy jest także obraz relacji w pracy Aarti: zarówno jeśli chodzi o jej szefa, jak i koleżankę z pracy, Edith - Angloinduskę (która też stanie się częścią nowo odkrytego przez Aarti świata i możliwości). Interesujący jest także portret ojca Subraty  - przedstawiciela tego pokolenia, które (w odróżnieniu od samego Subraty) już nie jest w stanie zrozumieć i zaakceptować nowej sytuacji i zmian..  
Mimo kompleksowości owego portretu epoki oraz zniuansowania swych bohaterów Mahanagar nie jest jednak ani jakimś ciężkim w odbiorze filmem, ani też nie ma dziś głównie wartości 'historycznej'. Gdy zresztą dwa lata temu (czyli po 50 latach od premiery) jego zrekonstruowana wersja trafiła ponownie do kin  dominowały opinie, jak bardzo w swej zasadniczej warstwie jest to obraz wciąż bardzo aktualny. I takie powinno być dobre kino.
Brytyjski zwiastun odnowionej wersji: 
Ps. Aaa...no tak, i to był filmowy debiut Jayi (zagrała młodszą, kończącą właśnie szkołę, siostrę Subraty)

niedziela, 12 kwietnia 2015

Okołopremierowo: lost in translation oraz co nieco o różnych postulatach


 Dawno się nie 'wyżywałam' w kwestii bieżących  okołofilmowych wydarzeń, a jest dobra okazja;) Mamy bowiem tydzień premier, które okazały się nie za udanymi przeróbkami czegoś wcześniejszego. Satyra Dharam Sankat Mein np. okazała się nie tylko próbą zdyskontowania niedawnego sukcesu OMG (z którym, jak stwierdza Hungama, w kinie hindi pojawił się nowy prężny ostatnio gatunek  'satyry na praktyki religijne'), ale i remakiem brytyjskiego Infidel. Tyle, że zamiast  megapraktykującego muzułmanina, który okazuje się być z urodzenia Żydem  mamy takiegoż hinduistę, który okazuje się być muzułmaninem. Niestety wygląda, że - mimo imponującej obsady- film 'poległ' w porównaniu z tytułami, których popularność próbował zdyskontować.  Well.. sama obsada zwykle jednak nie wystarcza, jeśli za produktem nie stoi i dobry scenariusz i niezły reżyser, a tu zdaje się zabrakło i tego i tego, i "between its sentimental leanings and farcical outbursts, the superficial sermonising of Dharam Sankat Mein remains just that -- superficial" (Rediff)

Bardziej do przewidzenia już po promach są opinie o hollywoodzkim debiucie V.V.Chopry Broken Horses. Zgodnie z przypuszczeniami film okazał się bladą wersją kultowego filmu tegoż reżysera, czyli Parindy. Chopra promował swój film z iście hollywoodzkim rozmachem (angażując w tym celu choćby Jamesa Camerona), co z tego jednak, skoro zdaje się w ramach 'adaptacji' fabuły dla Amerykanów 'wyprał' film z tego, co w oryginale było najcenniejsze - z pasji i emocji. A jak podsumowuje swą recenzję The Hindu: "if Broken Horses was supposed to be Parinda for Hollywood, the passion, emotion, guilt, love and redemption should all have been there, the songs could have been taken out (even the melodic Tumse Milke, sigh). Or Chopra should have made a completely different film. This straddling of stools always runs the risk of falling in between."
I - jakkolwiek Paloma Sharma z Rediffa sugeruje, iż nieznający oryginału niekoniecznie ocenią film tak surowo - opinie zachodnich krytyków (którzy zapewne nie mają nawet pojęcia o istnieniu Parindy) nie zdają się specjalnie lepsze. 

Najmniej 'ruszają' opinie o Ek Paheli Leela, bo po filmie z Sunny Leone trudno było chyba liczyć na coś inszego niż wyszło:P 

Casusu lost in translation można natomiast dopatrywać się również w przypadku zeszłotygodniowej premiery najnowszej wersji przygód słynnego bengalskiego detektywa - Byomkesha Bakshiego.  Mam tu na myśli zwłaszcza opinie tych, którzy są szerzej zaznajomieni z tym bohaterem, czyli przynajmniej znają i jakieś poprzednie adaptacje powieści Sharadindu Bandyopadhyay'ego (o samym literackim pierwowzorze już nie wspominając). Bo szersza znajomość kontekstu zawsze daje inny ogląd sprawy. Tak jak ma to miejsce np w Rediffowej recenzji Raji Sena:
"There have been many, many Byomkesh adaptations over the years and curiously, it is the auteurs, the most distinctive filmmakers, who have stumbled the most: Satyajit Ray’s funkily shot Chiriakhana might be the legend’s most embarrassing work, Rituparno Ghosh’s last film Satyanweshi was a catastrophically weak Byomkesh, and this is certainly Dibakar’s least impressive script.  Perhaps Saradindu Bandhyopadhay gets in the way. 
The original stories are so beautifully plotted, so inherently appealing on the most basic level, that even watching those old television episodes on YouTube grabs us immediately by the collar.  The multiple Byomkesh adaptations Bengal keeps churning out might not make for great cinema, but, based as they mostly are rather slavishly on Saradindu’s work, enthrall new audiences regardless. 
Detective Byomkesh Bakshy! is the best looking and least captivating of the current lot.
And, as said earlier, he didn't like to be called detective.
Defective Byomkesh Bakshy, then."
Cóż, zapewne nie bez znaczenia jest tu fakt, iż - przy całej mej sympatii wobec Uttama, Raya czy Rituparno - mam dość podobne zdanie o tych ich filmach  i dotąd nie udało mi się specjalnie polubić Bakshiego. Nie sądzę więc, żeby udało się to sprawić Dibakarowi - zwłaszcza, iż na sam wizualny rozmach coraz trudniej mnie 'złapać' :P

W ostatnich dniach pojawiło się również promo 'odgrzewanej' piosenki z filmu Guru z Devem (znaczy z CID-a), śpiewanej w oryginale przez Geetę oczywiście (i wyciętej z oryginalnego filmu przez cenzurę). I jak po promach Bombay Velvet miałam mieszane uczucia (podobnie jak wielu Indusom zwłaszcza Ranbirowa postać kojarzy mi się bardziej z Bigowymi bohaterami z lat 70, niż niby z latami 50-tymi), tak wobec tej przeróbki (zresztą i inaczej zatytułowanej) mam jasne zdanie: nie, nie i nie. I mówię to jako wcale nie Gurowy 'ortodoks'. I zamieszczę tu oczywiście tylko i wyłącznie oryginalną wersję :P Nawet jeśli - zważywszy na nieznalezienie się jej w ostatecznej wersji filmu - nie ma do niej klipowej wizualizacji:
Na południu wiele się w tym tygodniu nie dzieje (poza przenoszeniem terminów premier filmów, które liczyłam obejrzeć w Lądku:/) U Tamili chyba żadnych premier nie było, w Kerali remake Maryada Rammana z Dileepem (ponoć nieoglądalny - zresztą jak i insze ościenne remaki tego filmu:P), a w AP jeden duży film - S/o Satyamurthy, czyli kolejne spotkanie Allu Arjuna z Trivikramem. Znaczy nic specjalnie ciekawego (choć rzecz ponoć bardziej dydaktyczna niż zwykle filmy Trivikrama i mniej stajlowa niż zwykle filmy Arjuna:P) Wspomnieć warto natomiast o oświadczeniu reżysera, żeby widzowie bynajmniej nie przejmowali się recenzjami (bo on sam nigdy tego nie robi). Jakkolwiek sama mam - łagodnie mówiąc - nie za dobre zdanie o poziomie telugowych krytyków i bardzo utożsamiałam się z niedawną ich krytyką wygłoszoną przez Praveena Sattaru po zdobyciu przez jego (kiepsko przyjęty wcześniej w AP) film Nationala, tak tu sytuacja jest inna.  Zarzut braku 'walorów rozrywkowych' przy takim filmie jak Chandamama Kathalu różni się jednak w moim odczuciu od podobnego zarzutu w przypadku obrazu takiego reżysera jak Trivikram (którego filmy niczym innym nie 'stoją' i szczerze mówiąc w większości - poza chyba jednym Athadu - są dla mnie nieoglądalne, a telugowi krytycy zwykle 'pieją nad nimi peany' - vide Jalsa i AD) Znaczy krytyka krytyce nie równa, a widz nie zawsze 'ma rację' (ichniejszy nawet rzadko:P)

Na koniec jeszcze jedna ciekawa sprawa, nie związana z żadną konkretną premierą, ale ogólniejszej natury. Chodzi mianowicie o głośną ostatnio debatę na temat 'wspierania kina regionalnego'. Wspierania odgórnego, 'urzędowego', znaczy metodą wprowadzenia obowiązku określonej liczby seansów filmów marathi w maharasztańskich kinach (bo o to akurat w tym przypadku chodzi, znaczy najpierw władze stanu zarządziły obowiązek jednego seansu filmowego w języku marathi dziennie - na co kina przeważnie zaczęły je urządzać na pierwszych sensach, czyli koło 8-9 rano, po czym rozszerzono wymóg na jeden seans marathi w prime timie i o tym teraz jest szeroka debata). Jakkolwiek z pewnością nie uważam, żeby nakazowo-zakazowe działania były tu najlepszym (i skutecznym) sposobem (bardziej poleciłabym im system subsydiarny - jak to ma miejsce u nas, gdzie finansowo wspierane są kina studyjne, DKFy itp, czyli wyświetlanie z definicji bardziej niszowego kina europejskiego), tak z pewnością nie uważam, że 'rynek sam ureguluje sprawę' (jak zdaje się postulować - a jakże - większość środowiska bolly). Ciekawe zresztą, iż owo środowisko chętnie zapewne przyjęłoby (vide artykuł Suprny Vermy z Rediffa) interwencjonizm państwa w kwestii ograniczenia napływu hollywoodzkich filmów na ekrany indyjskich kin. Bo to oczywiście zapewne 'co innego' (znaczy 'kina indyjskiego' - czytaj 'hindi':P - trza przed 'obcym zalewem' bronić, ale kinematografie regionalne przed 'zalewem bolly' obronią się same.) Jasne. Strasznie mnie taka wąskotorowa hipokryzja wkurza i cieszy, iż większość komentarzy pod owym Rediffowym artykułem słusznie to punktuje (przykład: "when bollywood was eating the other's everything. where were you? what are you doing? national doordharshan always plays bollywood movies forcing the entire nation to see. why dont you condemn that too") A przecież tu i tu to prosta kwestia słabszego (finansowo i - co za tym idzie - marketingowo), który sam się jednak raczej przed tym mocniejszym nie 'obroni'. Nie samym kontekstem filmów (i podawanie tu jako argumentu przykładu Lal Bhari  jest totalnie 'od czapy'. Bo nie chodzi chyba o to, żeby kino marathi zmieniło się w rynek superprodukcji (a to taki - 'wypaśny' film akcji) i to jeszcze produkowanych przez gwiazdy znane z bolly.  Nie mam znaczy nic ani przeciwko temu, żeby kino marathi miało i swoje superhirołowe filmy i przeciwko promocji przez gwiazdy bolly kina regionalnego, ale  nie chciałabym, żeby - w ramach próby konkurencji z  bolly superprodukcjami - zaczęto i tam bardziej stawiać na rozmach (i promocję), niż na pomysły, kreatywność. Nie tędy bowiem moim zdaniem droga do dobrego kina (a marackie akurat bardzo sobie cenię). Zatem: nie ograniczać, nakazywać czy zakazywać, ale i nie zostawiać sobie (wolnemu rynkowi), tylko sensownie wspierać ciekawe, a 'małe' kino. Zapewne przy tym też byłyby kontrowersje (jak u nas przy państwowym dofinansowywaniu filmów), ale lepszej metody nie widzę.

wtorek, 31 marca 2015

Repati Pourulu (1986) - Vijayashanti inspiruje dzieci, czyli siła małych obywateli.


Neti Balale Repati Pourulu
(dzisiejsze dzieci przyszłymi obywatelami)
         Nehru

Nie wyobrażałam sobie 'miesiąca kobiet' bez filmu z Vijayashanti. Lubię i cenię wiele indyjskich aktorek, żadna nie ma jednak tyle ekranowej charyzmy co Lady Amitabh. Żadna mnie tak nie porywa i przykuwa do ekranu. W ostatnim filmie T.Krishny (który premierę miał już po jego śmierci) jest dokładnie tak samo. Vijayashanti znów - jak to w filmach tego reżysera - gra dzielną, inspirującą kobietę. Jak w Pratigathanie inspirowała młodzież, tu przedmiotem jej oddziaływań jest jeszcze młodsze pokolenie - dzieci. Tych tytułowych przyszłych obywateli. Bo przecież ('zgodnie z polskim powiedzeniem: 'czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci') czego się teraz nauczą,  tak - z dużym prawdopodobieństwem - będą się za kilkanaście lat zachowywać już jako dorośli. Takim wartościom hołdować. A ta nauczycielka -  w odróżnieniu od ich rodziców (albo 'szacownych', przesiąkniętych tradycyjną 'moralnością' i wygodnym oportunizmem, albo zbyt pokrzywdzonym, by starczyło im jeszcze siły i wiary w walkę o cokolwiek) - potrafi im nie tylko wpoić szlachetne ideały, ale i przekonanie, że warto i trzeba o nie walczyć. Przy czym - aczkolwiek jest w tym rewolucyjność (a u podłoża komunistyczne wszak idee, vide narzeczony - chyba - bohaterki) - nie chodzi tu bynajmniej o walkę za pomocą siły fizycznej, jakieś a'la terrorystyczne metody.  To walka właśnie czysto obywatelska - prowadzona siłą zbiorowego oporu, głośnego wyrażania niezgody na pewne rzeczy, swych racji i żądań, manifestacji w słusznej sprawie (ach, jakiż cudowny jest ten dziecięcy bojkotowy protest przeciwko zachowaniu jednej z nauczycielek!) - czyli trochę jak u nas w czasach solidarnościowych.  Tyle - i to jest właśnie tak niezwykłe -  że prowadzona głównie przez dzieci. Owszem, pod wodzą swej nauczycielki, ale to jednak te dzieci coraz śmielej artykułują swe, obywatelskie, racje: najpierw przed rodzicami (którzy reagują zwykle na ten 'bunt' siłą, czyli tak naprawdę brakiem rzeczowych argumentów), by ostatecznie trafić i przed oblicze sędziego. Bo to, że rzeczywistość wygląda tak, a nie inaczej (a jak wygląda rzeczywistość w AP - a i nie tylko tam - nie muszę chyba tłumaczyć) jest wszak wynikiem nie tylko tego, jak zachowują się dorośli (nie tylko ci, którzy aktywnie czynią zło, ale i ci, którzy odwracają od niego oczy), ale też i indolencji systemu prawnego (która to wzmacnia poczucie bezkarności pewnych zachowań). 
Owszem, też podobnie jak przy poprzednich filmach T. Krishny, nie jest to kino, któremu nie można nic zarzucić. I nie chodzi tylko, że może i jest zbyt propagandowe, ale i o sposób realizacji, zbyt w pewnych momentach pewnie przestarzały czy nachalny (ten syndrom podkreślania powagi sceny szybkim przeplataniem dramatycznych zbliżeń na twarz/obiekt szoku itp i stosownie 'punktującą' muzyką...).  Jeśli się 'kupi' przekaz (ja 'kupuję' - i jestem gotowa wręcz 'wyjść na ulicę' za Vijayashanti:P) to bardzo się o tym nie myśli, jeśli nie - może być problem.  Tylko, że wtedy i chyba taki film nie działa tak, jak w zamierzeniu powinien. Bo to jest wszak z definicji kino społecznie zaangażowane. Które ma inspirować i widza do zaangażowania się, emocji (a nie li tylko chłodnego analizowania). Rodzaj kina, w którym akurat Telugowie są prawdziwymi specjalistami. Podobnie zresztą jak w moich ukochanych protest songach. Takich  np. (i w takim momencie największy żal, że do filmu nie ma napisów, bo szkoda niezrozumienia takich pięknych zapewne, mocnych słów Veturiego):


I nie dziwi, że bohaterką sporej części takich filmów (nie tylko tych T.Krishny znaczy) jest właśnie Vijayashanti. Bo mało kto potrafiłby dać granym przez siebie postaciom taką siłę, moc, charyzmę. 
Zastanawia natomiast po tym wszystkim, że aktorka nie zrobiła specjalnej kariery w polityce. Cóż.. widać nie miała tam równie dobrych spin doktorów, jak jej najlepsi filmowi scenarzyści:P Takich jak choćby właśnie T.Krishna.

piątek, 20 marca 2015

'Sharapanjara' (1971) & 'Belli Moda' (1967) - kobiety z powieści Triveni w filmach Putanny Kanagala

Kiedyś już pisałam o jednym z filmów Puttany Kanagala, reżysera kannada, który w latach 70-80 w ramach głównego nurtu poruszał ciekawe, niebanalne tematy, bohaterkami swych filmów czyniąc kobiety. Zważywszy na lata powstania nie robiłam sobie wielkich nadziei na zdobycie innych jego podpisanych filmów, czasem jednak zdarzają się cuda i takowe trafiły mi się aż dwa. W tym debiut reżysera (jeszcze czarno-biały). Co ciekawe, okazało się potem, iż oba tytuły są adaptacjami powieści tej samej, uznanej pisarki kannada, Anasuyi Shankar, piszącej jako Triveni. I w obu główne role zagrała Kalpana, aktorka, którą z Kanagalem łączyła szczególna relacja, zdaje się nie tylko zawodowa (myślę, że można to porównać trochę do casusu Guru i Waheedy w kinie hindi).
 
Przechodząc jednak do rzeczy: Sharapanjara, laureat Nationala dla najlepszego filmu kannada, to opowieść o społecznym postrzeganiu ('stygmatyzacji') osób leczonych psychiatrycznie. Oraz (choć ta kwestia jest dla mnie mniej czytelna w filmie) kwestii obowiązkowej 'czystości' kobiety. Bohaterka filmu, Kaveri, jest piękna, wykształcona i pochodzi z dobrej rodziny. Nic dziwnego zatem, że Satish szybko się w niej zakochuje i żeni. Przez dłuższy czas trwa małżeńska sielanka. Mają piękny dom, wygodne, szczęśliwe życie, pojawiają się też dzieci... Ale po drugim porodzie zaczynają się problemy.  Kaveri dziwnie się zachowuje i coraz  bardziej traci równowagę psychiczną. Co ciekawe (bo kino rzadko pokazuje to w ten sposób nawet teraz, a w końcu to stary film) medycznie sprawa zostaje poprowadzona bez zarzutu. Lekarz rodzinny najpierw sądzi, iż to poporodowa depresja i sprawa się wkrótce unormuje, ale gdy poprawy brak sugeruje mężowi kontakt z psychiatrą (tłumacząc, iż nie ma w tym nic wstydliwego), wkrótce Kaveri trafia do szpitala psychiatrycznego, a po zakończonym - udanym - leczeniu zostaje wypisana ze stosownymi zaleceniami lekarzy dla rodziny. Znaczy, że będzie wymagać teraz szczególnej troski i wyrozumiałości bliskich. Serio, obraz leczenia psychiatrycznego w tym filmie to jeden cudowny obrazek:) Obraz otoczenia, do którego wraca Kaveri jest już za to bardziej 'typowy'. I nazwałabym go nie tyle problemem jednej strony (społeczeństwa), co kwestią pewnego rodzaju 'niekompatybilności'. Pewne zachowania otoczenia (zwłaszcza dalszego) względem Kaveri są bowiem oczywiście koszmarne, ale inne wynikają chyba bardziej z tego, iż trudno jest traktować ją jednocześnie szczególnie (bardziej wyrozumiale), ale i 'normalnie' (by nie odczuła, iż traktuje się ją 'jak dziecko', bo to z kolei bardzo zwykle denerwuje taką osobę i tworzy się 'pętla').  No i jest jeszcze ta kwestia 'czystości'. W trakcie jednego ze swych załamań Kaveri wyznaje mężowi, iż wstąpiła w małżeństwo nie będąc już dziewicą (okoliczności utraty owegoż nie są dla mnie jasne: można je znaleźć w necie, ale ja - mimo szczególnej uwagi - tego w samym filmie nie słyszałam). Niezależnie jednak od wszystkiego, faktem jest, iż dla Satisha staje się to rzeczą 'nie do przeskoczenia'. Na dodatek okażę się w tym być hipokrytą. No ale przecież 'jak wiadomo' kobiet tyczą inne zasady niż mężczyzn...
Dotąd same pozytywy, niemniej Sharapanjara  nie jest pozbawiona i wad. Jak napisałam Kanagal tworzył w ramach ówczesnego mainstreamu. Konsekwencją tego jest 'wrzucenie' całej tej niebanalnej problematyki w konwencję ówczesnego komercyjnego kina. Czyli np. cała pierwsza połowa filmu  stanowi sielski romantyczny (i nudny:P) obrazek (i jasne jest, iż owo zdecydowanie przydługie wprowadzenie zostało 'skrojone' pod przeciętnego, oczekującego sztampowego romansu widza). I nawet potem - gdy owa idylla zostaje wreszcie złamana - w wielu momentach jest jednak zbyt melodramatycznie, zbyt 'krzykliwie' (w myśl ówcześnie dominującej, zwłaszcza właśnie na południu, stylistyki).  Owszem, zapewne dzięki temu Kanagal docierał ze swymi rewolucyjnymi jak na owe czasy tematami do szerokiego grona odbiorców (większość jego filmów było sporymi komercyjnymi sukcesami), dzisiejszemu widzowi jednak ogląda się przez to jednak trochę trudniej. Myślę, że mimo wszystko jednak warto. Nie tylko poznawczo, ale i dlatego, że pod tą nieco przestarzałą warstwą tkwią jednak problemy dość aktualne i dzisiaj... Ważne też myślę w jaki sposób film się kończy - nie ma tu bowiem (co cenne, a pewnie ryzykowne) optymizmu 'na siłę'.

Drugi tytuł, Belli Moda,  to - jak już wspomniałam - debiut Kanagala. I jeszcze czarno-białe kino. Bohaterka także jest 'dobrze urodzoną' panną i przyszłą dziedziczka tytułowej posiadłości. Indirą zainteresuje się Mohan. Wszystko wydaje się dobrze układać. Ojciec dziewczyny sfinansuje nawet przyszłemu zięciowi studia w Stanach. W trakcie pobytu Mohana za granicą sytuacja ulegnie jednak znaczącej zmianie. Przy porodzie umrze matka Indiry. Dziewczyna siłą rzeczy przejmie rolę pani domu,  troskliwie zaopiekuje się też małym braciszkiem.  Gdy do kraju wraca Mohan wydaje się, iż wreszcie będzie mieć więcej wsparcia. Czeka ją jednak niemiła niespodzianka. Narzeczony oznajmia jej bowiem, iż nie może się z nią ożenić. Indira przyjmuje to z zaskoczeniem, ale mimo tego drąży sprawę. Poznał inną?  Nie. W końcu domyśla się, iż problem polega na tym, że po prostu teraz to jej mały brat będzie spadkobiercą 'włości', nie ona. Mimo tego ciosu Indira potrafi zachować klasę i godność. Jak również wyjść poza swe zranione uczucia i wciąż troszczyć się o innych. Jednak coś w niej 'pękło'. Bezpowrotnie chyba znikła ufna, radosna, kochająca dziewczyna. Ta teraz nie pozwoli już sobie złamać serca.  Jest w tym owszem i sporo goryczy, ale także i jakaś siła. I to mi się w tym filmie podoba najbardziej. Co ciekawe Belli Moda sprawia wrażenie zdecydowanie 'surowszego', oszczędniejszego filmu niż późniejsze dzieła Kanagala (nie mylić jednak z totalnym pozbawieniem melodramatyzmu). Swoją rolę odgrywa tu zapewne ów brak kolorów (czerń i biel jednak dużo 'uszlachetnia'), chyba jednak nie tylko (zresztą znalazłam w necie pewne ciekawe omówienie Kanagalowej twórczości, gdzie również zwraca się uwagę na to, że we wczesnych filmach jest jednak trochę delikatniejszy, oszczędniejszy w stosowanych środkach). Charakterystyczne dla i wcześniejszych i późniejszych filmów reżysera jest chyba jednak fakt irytujących męskich bohaterów:P I to kobiety - i kreacje grających je aktorek - pozostają w pamięci po seansach. Miło:) A jako, iż Kanagal ceniony był także za sposób filmowania piosenek mały przykład i w tej kwestii (tu też czarno-białe wygląda szlachetniej:D)


I może jeszcze na koniec coś więcej o Kalpanie, bo to też ciekawa (i tragiczna) historia. Aktorka, która przez ponad dekadę była na topie i cieszyła się uznaniem zarówno widzów, jak i krytyków, pod koniec lat 70.  popadła już w zapomnienie. Prawie przestała dostawać propozycje (los niejednej żeńskiej gwiazdy 'w pewnym wieku'- także i dziś). Gdy dodatkowo 'posypało' jej się i życie prywatne (kryzys w burzliwym małżeństwie) popełniła samobójstwo. Miała wówczas 36 lat. 
W styczniu tego roku na ekrany kin w Karnatace wszedł film o jej losach. Nosi tytuł Abhinetri.

niedziela, 8 marca 2015

Shabana Azmi jako 'Godmother' (1999), czyli cena władzy

 Dzisiejszy dzień jest chyba idealny na reusing tej starej forumowej filmowej notki. Bo women power rulezz!


Rambhi i Veeram to małżeństwo farmerów, których bieda wygania ze wsi do miasta. Tam Veeram podejmuje pracę dla mafii, znaczy 'perswaduje' różne rzeczy opornym. Jest w tym dobry, ale pewnego dnia - w związku z jednym ze zleceń  - przychodzi moment refleksji i Veeram postanawia skończyć z przemocą (co ślubuje uroczyście w świątyni). To nie spodoba się jego chlebodawcy i wkrótce Veeram zostanie zabity. Wtedy okaże się, iż Rambhi nie jest tylko taką 'typową' żoną i matką, bo kobieta owszem, założy wdowi welon, ale jednocześnie postanowi wejść sama w ów przestępczy światek. Najpierw z myślą o wymierzeniu sprawiedliwości mordercom męża, ale potem zostanie lokalnym donem i jej władza będzie rosnąć. Kwestia oczywiście jakim kosztem i czy w końcu go dostrzeże...

 Niezależnie od tego, iż opowiedziana przez Vinaya Shuklę historia ma swe autentyczne 'lokalne korzenie' (postać Rambhi jest w dużej mierze inspirowana losami Santokben Jadeji, szefowej mafii z Porbandaru) większości tytuł tego filmu będzie się zapewne kojarzył z Ojcem chrzestnym. I nie jest to też skojarzenie od rzeczy. Choć są i oczywiście różnice. Związane i z realiami (w tle mamy np konflikty społeczno-kastowe), ale i z tą zamianą 'ojca' na 'matkę'. Znaczy to jest uniwersalna, 'ludzka' opowieść, ale jednak fakt, że główną bohaterką jest kobieta (która można powiedzieć wkracza na tradycyjne 'męskie terytorium') ma swoje znaczenie.

Shabana jest (zwyczajowo) niesamowita (za tę rolę dostała - zasłużenie - swego 5 Nationala): jej bohaterka, niewątpliwie silna kobieta, budzi całą paletę emocji u widza i trudno chyba ją jednoznacznie ocenić. Jej 'prawą rękę' (rzec by można - zważywszy na jego strój przez dużą część filmu - 'anioła śmierci') gra niezmiennie fascynujący Nirmal Pandey, jako dorastający syn bohaterki debiutuje młodziutki Sharman Joshi (on jest uroczy, o jego bohaterze absolutnie trudno to powiedzieć...), poza tym na drugim planie mamy Milinda Gunajia czy Govinda Namdeo. 'Najsłabsze ogniwa' to natomiast niespecjalnie przekonująca Raima Sen i jej wybranek.

Muzykę (też zwyczajowo świetną) napisał Vishal Bhardwaj. Z piosenek wybrałam tę, która (to nie moje spostrzeżenie, ale nader celne) pokazuje moment, gdy to bohaterka najbardziej wchodzi w 'męską rolę':

Warto zobaczyć, że w latach 90 w kinie hindi powstawały i takie rzeczy. I były takie postaci kobiece.


środa, 25 lutego 2015

Filmowy przegląd 2014 roku - 'próbki' z kina marathi, bengalskiego i ... pendżabi ;)

Wracam do podsumowania ubiegłego roku. W którym dotarłam wreszcie bardziej na północ - ale jeszcze nie do kina w hindi ;)

 Timepass (marathi)

Jestem fanką Raviego Jadhava od czasu obejrzenia genialnego Natrang. I to dlatego zdecydowałam się w końcu obejrzeć Timepass - mimo poczucia, że mam już trochę dość tych, mocno ostatnio obecnych w kinie marackim, nostalgicznych 'opowieści z dzieciństwa' (czy nastolęcych lat). Nawet jeśli to, co widziałam do tej pory (choćby zrobiony przez Jadava poprzednio Balak Palak) się mi podobało. Zaczęłam więc oglądanie tej historii o pierwszej miłości ubogiego chłopaka i dziewczyny z dobrego domu dość nieufnie, na pewien 'dystans'. Z czasem jednak 'kupiła' mnie ta 'zwyczajna' opowieść: swą delikatnością, prostotą, emocjami, prawdziwością młodych bohaterów i ich otoczenia...  I nawet się już nie denerwuję zapowiadaną kontynuacją:P Bo przywiązałam się do bohatera na tyle, że jestem gotowa mu dalej kibicować - żeby faktycznie teraz udowodnił, że to było coś prawdziwego, znaczącego, a nie tylko ów tytułowy timepass (no i jestem ciekawa, jak to zrobi:D)

Chotushkone (bengalski)

Drugi film Srijita bez Prosenjita i - podobnie jak debiut - znów świat filmu. Ale inaczej, bo bardziej z suspensem. Tajemniczy producent zatrudnia czwórkę reżyserów do pracy nad nowelowym projektem. Każdy z nich ma wyreżyserować jedna nowelkę, a 'zleconym' tematem przewodnim całości jest.. śmierć. Przeciekawym pomysłem było zatrudnienie do głównych ról prawdziwych reżyserów i to takich 'z różnej półki' (zarówno wiekowo, jak pod względem rodzaju kina, z jakiego są znani), a jednocześnie mających za sobą też i doświadczenia aktorskie (jedni mniejsze - jak Goutham Ghoose, inni większe - jak Aparna czy Parambrata). Akcja toczy się trochę wielopłaszczyznowo: poza sferą bieżących relacji (i samochodowej wyprawy na spotkanie z owym tajemniczym producentem) mamy też 'przebłyski' dawnych czasów (niektórzy z bohaterów znają się dość dobrze od dawna, zresztą cała relacja Triny i Dipto to jedna z moich ulubionych rzeczy w filmie), oglądamy także 'zajawki' ich pomysłów na owe tematyczne nowelki filmowe (mnie się najbardziej podobały dwie pierwsze:D) - i długo nie możemy być pewni, do której sfery przynależą owe intrygujące, stylizowane kadry, które widzimy na samym początku filmu.... No i jest też narastające napięcie. Można chyba oglądać ten film i bez orientacji w 'bengalskim światku' (znaczy jako 'zwykłą' suspensową fabułę), ale - podobnie jak przy Autographie - traci się wtedy pewną 'podskórną' warstwę (w każdym razie ja miałam dodatkową frajdę z tego, że trochę mi się w pewnych momentach jakby zacierała granica między postacią, a odtwarzającą ją osobą). No i fajnie wiedzieć choćby, że dla odtwarzającego rolę Dipto Chiranjeeta ten film był podobnym przełomem  jak dekadę wcześniej dla Prosenjita filmy Rituparno (znaczy pokazał aktorski talent bardzo popularnego, ale mało poważnie dotąd traktowanego gwiazdora), a w roli producenta pojawia się na chwilkę kolejny (czyli już piąty) znany reżyser:D. Najwięcej obiekcji budzi zakończenie - ja aż takich problemów z nim nie mam, tak czy siak z pewnością warto zobaczyć Srijitową 'zabawę' kinem.


Punjab 1984 (pendżabski)
Rzadko oglądam filmy pendżabskie, bo i trudno mi trafić na coś sensownego z tej kinematografii (a ichniejsze wersje kolorowych romansideł 'przejadły' mi się po 2-3 tytułach). Ten tytuł zapowiadał się zupełnie inaczej. Ciekawie (zwłaszcza, gdy lubi się poznawać indyjską historię najnowszą przez kino - jak ja). Tytułowy rok odnosi się oczywiście do niechlubnej kwestii pogromów sikhów po zabójstwie Indiry Gandhi. To wydarzenie odbiło się boleśnie na losach niejednej pendżabskiej rodziny. To opowieść o losach jednej z nich. Dramat której rozpoczyna się, gdy ojciec zostanie zabity podczas pielgrzymkowej wizyty w Amritsarze. Po tym zdarzeniu spokoju nie zazna już ani uznany (chcąc-nie chcąc) za terrorystę syn, ani matka (która niewiele z tego wszystkiego rozumie, ale desperacko walczy o swych bliskich). Nie wszystko w tym filmie zachwyca (zwłaszcza, gdy zna się choćby podejmujące podobną tematykę, a jednak lepsze, bo subtelniejsze Gulzarowe Maachis). Wolałabym choćby, żeby zamiast postaci 'bojowego' syna więcej czasu poświęcono matce (to było znacznie ciekawsze, a - świetna - Kirron miałaby więcej do zagrania), ale są sceny, które niewątpliwie robią wrażenie (trudno chyba zapomnieć finał z prawdziwymi matkami, trzymającymi zdjęcia swoich zaginionych/zabitych synów, a bardziej 'fabularnie' jestem zachwycona choćby tym, jak została zrobiona scena aresztowania wracającego z pola bohatera), no i jakże fantastycznie  (i naturalnie) funkcjonuje w tym filmie pendżabska muzyka, którą uwielbiam. A i jeszcze cudowny, podły Pawan Malhotra:P Może i chciałoby się jeszcze więcej (znaczy więcej niuansów), ale to pierwszy pendżabski film, który będę naprawdę dobrze wspominać.

 

Obejrzane wcześniej:   Jaatishwar, Apur Panchali, Highway (b), Fandry (m)
Czekam na dvd:   Yellow, Ek Hazarachi Note, Dr Prakash BabaAmte, Happy Journey (m)