sobota, 20 czerwca 2015

Filmfare Awards South & SIIMA - słów kilka o nominacjach za 2014 rok.

Wzorem zeszłorocznej notki postanowiłam i tym razem zamieścić listę nominacji do nagród przemysłów filmowych z południa opatrzoną moimi komentarzami :P Tyle, że w tym roku będą to nie tylko nominacje do południowej 'odnogi' Filmfare, ale i świeży, rdzennie ichniejszy koncept, jakim są nagrody SIIMA (South Indian International Movie Awards). Po namyśle postanowiłam przyjąć strukturę, w której rozpoczynam od nominacji Filmfare, a potem zamieszczam opis różnic w nominacjach do SIIMY (bo przeważnie nie są tak znaczące, żeby wymieniać wszystkich od nowa)

KINO MALLU

Najlepszy film Najlepszy reżyser
Trzeba będzie chyba jednak nadrobić Apothecary. Ale i tak najbardziej tu kibicuję Anjali Menon i Bangalore Days. Co nie znaczy, iż wybór któregoś z pozostałych tytułów/reżyserów będzie 'wtopą'.
W nominacjach SIIMA do najlepszego filmu Apothecary zostało zastąpione Iyobinthe Pustakham, a reżyserujący ów film Amal Neerad zastąpił Abrida Shine [który został 'wyrzucony' do osobnej kategorii za debiut]. Wiele to w moich ocenach i typach nie zmienia.

Jeśli chodzi o aktorów ciężki wybór. Nie wiem, co pokazali Biju i Suresh, z pozostałej trójki najbardziej imponujący był chyba Mamut, ale może jednak lepsza byłaby nagroda dla świetnie rozwijającego się Nivina?
Z paniami jest prościej: Nazriya. Ewentualnie Manju.
 W nominacjach SIIMA zniknęli Biju i Suresh, a pojawili się Fahaad (za 'Iyobinthe Pustakam')  i Prithviraj (za '7th day'). Jak jestem największą chyba fanką Fahaada w tym kraju tak nominowanie go za tę rolę to przesada (był tam najnudniejszy:P), co innego Prithvi - to zasługuje.
Przy paniach zniknęła Asha Sarath, a pojawiła się  Namita Pramod za rolę w Vikramadithyan. Filmu nie widziałam, ale nie sądzę, żeby mogła zagrozić wymienionym przeze mnie wyżej aktorkom.


Znów w miarę prosto. Drugoplanowy aktor to oczywiście Fahaad (jego rola w DB to prawdziwa perełka!), a jeśli chodzi o panie to chyba też BD (Parvathy strasznie mnie w tym filmie urzekła)

SIIMA ma całkiem inną listę dla panów w tej kategorii  - tylko Jayasurya za Apothecary i Anoop Menon się powtarzają, poza tym są (Apothecary), (OSO) i  (Otta Mandarram. Wolę filmfarowe nominacje (jak tak można - nawet nie nominować Fahaada za BD:P)
Inna jest też lista nominowanych pań. Na szczęście została Parvarti, ale poza tym są (1983), (Iyobinte Pusthakam), (Vikramadityan) i Anumol (Njan). W tej sytuacji postawiłabym na Padmapriyę (żeby też coś dostała:))

Najlepsza muzyka
Mimo plagiatu z Bryana stawiam całościowo na Gopiego Sundera. Choćby za samo 'Ethu Kari Ravilum' <3  W nominacjach SIIMA stawiam podobnie.


KINO TAMILSKIE
Nie wygląda to za dobrze. Z paru naprawdę dobrych zeszłorocznych filmów (Saivam, Panniyarum Padminiyum czy Jigarthanda)  na tej liście nie ma żadnego:/ Są głównie przeciętniaki (o Mundasupatti czy Madras pisałam - w sumie dobrze, ale bez wielkiego entuzjazmu, VIP to z kolei typowy masalowy blockbuster). Stawiam zatem zaocznie (bo filmu nie widziałam) na KT i  Vasanthę Balana. Z powodu zaufania do reżysera.
Na tym tle SIIMA spisała się lepiej, bo nominowała przynajmniej i Jigarthandę - zatem to jej tu kibicuję. Przy reżyserach zaś jest nie tylko Karthik Subburaj, ale i Vijay, zatem może statuetkę dla najlepszego reżysera to on powinien tu dostać (motywacyjne do dalszych oryginalnych filmów - bo przed Saivam to on głównie trzaskał remaki - formalne i nieformalne)

Znów biednie. Uwielbiam pierwszą trójkę panów, ale to nie są role na miarę nagród. No to niech będzie, że kibicuje Sidowi - bardziej za ciekawe wybory, niż efekty aktorskie.
Przy paniach przynajmniej nie mam wątpliwości - Malavika oczywiście (no i właśnie, że Dinesh za rolę w Cuckoo też powinien dostać nominację!)

W nominacjach SIIMY Siddarth dostał nominacje za rolę w Jigarthandzie, ale ponieważ pojawił się też Vijay Sethupathy (za PP) to kibicuję jemu (nawet jeśli w tym filmie bardziej mnie urzekł Jayaprakash).
Nie ma za to nominacji dla Malaviki [wywalili ją do debiutów], więc nie bardzo mam której pani tu kibicować (z całą sympatią dla Amali Paul czy Lakshmi Menon ich role nie utkwiły mi szczególnie w pamięci). No chyba, że - także z sympatii ogólnej - Vedhice (za KT)


W kwestii ról męskich sprawa jest absolutnie przesądzona - tylko i wyłącznie Bobby Simha <3 I nie chodzi li o to, że niedawno dostał za tę role Nationala, ale to po prostu prawdziwa aktorska perełka.
Z paniami mam problem i trudno mi coś typować.
Przy nominacjach SIIMA jest sporo zmian za Manja Pai, Nassar za Saivam za Anjaan), ale ponieważ jest Bobby mój typ pozostaje bez zmian :P
Przy paniach pojawiła się natomiast m.in. Suhasini za Ramanujana i tej mocnej roli kibicuję.

Ponieważ nie ma soundtracku do Cuckoo strzelam focha :P Bo powinno wygrać coś Santosha, ale Madras mi się akurat najmniej podobał.


KINO TELUGU
Chciałam spytać, gdzie nominacje dla Chandamama Kathalu, albo choćby Oohalu Gusagusalu ale w końcu to telugowe gusta, znaczy czego się spodziewać:P Co wygra? Może - tak symbolicznie, ku pamięci ANRa - Akkineniowy Manam?
 
Przynajmniej w SIIMowych nominacjach jest Chandamama.... (ale - dla 'równowagi' - i ostatni Balakrishna:P)  Zatem tam kibicuję jej, bo to naprawdę ciekawy film [choć wiem, że nie ma szans wygrać].

Najlepszy aktor Najlepsza aktorka
Zaskoczenie, bo wśród nominowanych panów nie ma Mahesha (fani zaspali?:P) Wśród tych typów jestem w stanie kibicować połowie roli Naga. Na całą nagrodę to jednak ciut przymało:P
To może jednak Mohan? Filmu nie widziałam, ale to dobra rola dla niego.
Wśród pań zostaje mi do kibicowania Anjali. Bo wierzę w talent tej dziewczyny, a nie gra tu roli 'przy hirole' (choć komediowy horror dla mnie zdecydowanie nie brzmi dobrze)


W SIIMAch Mahesh jest. I Balarishna też:P (zamiast Sharwananda i Mohana. I jeszcze Chaitu zamiast ojca) Nadal nie ma jednak komu kibicować.
Wśród pań zniknęła Anjali  i Pooja, pojawiła się Nayan (za Anamikę) i Rakul Preet (za Loukyam).
Kibicować którejś nadal ciężko, może już  - zważywszy na rolę - najprędzej Nayan.


Jak to u Telugów na drugim planie ciekawiej niż w nominacjach pierwszoplanowych. Choć nie mogę zrozumieć, czemu brakuje np. Srinivasa [jest za to w SIIMowych. Także jako debiutant-reżyser]. Nie znając roli kibicuję zatem Jagapatiemu. Albo Ajayowi.
Jeśli chodzi o panie nie mogę zrozumieć, czemu z całej obsady Chandamamy nominowana jest zwykle Lakshmi. Były tam ciekawsze kreacje (kobiece i męskie). Kibicuję którejś z dwóch pierwszych pań.
Hmm.. ja wiem?  W sumie muzyka w Maanam najgorsza nie była.

 KINO KANNADA

Za wiele z kina kannada jak zwykle nie widziałam, ale kibicuję bezsprzecznie Ulidavaru Kandanthe. I Rakshitowi Shetty of course. Remaki odpadają u mnie z założenia, a wychwalane Ugramm próbowałam obejrzeć - z marnym efektem..

W nominacjach SIIMY nie ma UK [a Rakshit jako reżyser został wyrzucony do debiutantów], zatem je olewam :P 
Jeśli chodzi o panów to oczywiście 'Aaantoonio Montana', znaczy Rakshit (którego nominacje SIIY nawet nie uwzględniły:/). W kwestii pań nie mam pojęcia.
W kwestii aktorów drugiego planu kibicuję także roli z UK: Kishorowi - zakochanej pierdole <3
Wiem, że jestem nudna, ale OST z Ulidavaru Kandanthe uważam za jeden najlepszych indyjskich albumów ubiegłego roku.  Na szczęście w SIIM-owych nominacjach też go uwzględnili :)


czwartek, 18 czerwca 2015

Filmowy przegląd 2014 roku - aneks

.. czyli zwyczajowe uzupełnienie listy oglądanych zeszłorocznych tytułów o później wydane rzeczy (tak, wiem, o obejrzanych filmach hindi w ogóle nie napisałam  i tego nadrabiać już nie mam siły... zresztą te tytuły zwykle zostały omówione już na innych blogach:P)

Njaan (malajalam)
Nagradzana Dulquarowa rola z zeszłego roku, który - wcielając się w tym fresku 'z epoki' w postać bojownika o niepodległość, który zniknął w dniu jej odzyskania - zdecydowanie wyszedł poza swe dotychczasowe emploi (współczesnych 'sympatycznych yuppies') Skomplikowany, trudny do jasnej oceny bohater i nie najłatwiejszy w oglądaniu film.

Run Raja Run (telugu)
Jeden z niespodziewanych zeszłorocznych sukcesów kasowych w AP. Co niby niekoniecznie dobrze rokuje, ale miałam nadzieję, że skoro Sharwanand (który nie 'idzie' w proste gwiazdorstwo) i  film debiutanta to może faktycznie coś bardziej niebanalnego. Spełniło się połowicznie, o ile bowiem pomysł na fabułę faktycznie jest [i to dobrze zakręcony], o tyle sposób prezentacji (tak 'pod telugowego widza', z masą wstawek komediowych itp) mnie jednak trochę zmęczył i zirytował.


Varsham (malajalam)
Historia wpływowego finansisty, któremu osobista tragedia (nagła śmierć dorastającego syna) zmienia podejście do życia i zawodu. Może i by się wolało, żeby reżyser 'pociągnął'  bardziej psychologiczne aspekty radzenia sobie ze stratą (zwłaszcza mając do dyspozycji takiego aktora jak Mamut, który potrafi wyrazić cuda jednym spojrzeniem, choć i partnerująca mu Asha dałaby radę i  więcej w tej kwestii..) zamiast nastawienia na przesłanie społeczne, ale z drugiej strony jakież to ładne i słuszne przesłanie:) A, i miło zobaczyć króciutko obciętą Mamtę w takiej ciepłej roli pani doktor.

Pisasu (tamil)
Kolejny film Mysskina potwierdzający, iż reżyser wyciągnął wnioski z  Mugamoodi i teraz konsekwentnie idzie swoją drogą, robiąc kino 'inne', choć wcale nie jakieś wielce niszowe. Pisasu to niby horror, ale i love story i trochę moralitet. Utrzymany bardzo w 'Mysskinowskich klimatach', z widocznymi znów - a jakże -  inspiracjami ze 'skośnego kina'. Nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak AO, ale podoba mi się Mysskina pomysł na siebie i swoje kino i chętnie będę mu się dalej przyglądać jako twórcy.

Iyobinthe Pusthakam (malajalam)

Do dziś pamiętam zaskoczenie nastrojową nowelką Amala Neerada w 5 sundarikal.  IO to kolejny krok w dobrym kierunku, bowiem reżyser łączy tu stylowość (z której pierwotnie był najbardziej znany) z epicką fabułą i robi to naprawdę udanie. Akcja rozpoczyna się jeszcze przed odzyskaniem niepodległości, potem mamy kolejne społeczno-gospodarcze zmiany, a na tym tle losy rodziny, w której dominują mroczne, destrukcyjne popędy (nieprzypadkowo chyba tytułowy Iyob nazwał swych trzech synów imionami bohaterów Zbrodni i Kary). Z aktorów szczególne wrażenie robią Lal jako patriarcha rodu, podstępny Jayasurya, a przede wszystkim Padmapriya (która początkowo wydaje się być ofiarą patriarchalnych klimatów w rodzinie, by okazać się.. hmm.. femme fatale?)

 7 th Day (malajalam)
W jednym z wywiadów Prithvi pytany o to, czemu zgadza się ostatnio grać policjanta za policjantem (i czy to nie 'szuflada') odpowiedział, że przecież każdy z nich jest zupełnie inny. I to święta prawda. Stróż prawa z 7th day, choć jest zawieszony z obowiązkach jak bohater Memories, bardzo się od tamtego różni. Nie tylko lookiem (absolutnie tu cudownym<3). Bohater przypadkiem wpada na trop pewnej podejrzanej sprawy, którą -  w owe 7 dni -  postanawia rozwiązać. Tropy się oczywiście plączą (i nie za wszystkim jak zwykle nadążyłam:P), a finał i tak przewraca wszystko^^ (i to mi się podobało najbardziej:D)



piątek, 29 maja 2015

Ok Kanmani / O Kadhal Kanmani (2015)

Co roku jest tak samo. Planując wyjazd do Londynu cieszę się na obejrzenie indyjskich filmów, które mają zapowiedziane premiery w tym czasie, po czym ostatecznie okazuje się, iż wszystko poprzesuwano  i w zasadzie nie mam na co iść. W tym roku w ten sposób 'wylądowałam' na najnowszym filmie Maniego Ratnama. Nie żebym go nie chciała w ogóle obejrzeć ('wyleczyłam' się już z chodzenia do kina na cokolwiek indyjskiego:P), ale nie był moim filmem pierwszego wyboru. Od jakiegoś już czasu jestem przekonana, iż Mani ma najlepsze czasy - i filmy - za sobą i ten też nie rokował na nic nowego, przełomowego w jego karierze. Skusiła mnie przede wszystkim obsada i ona faktycznie okazała się najmocniejszym punktem tego obrazu.
Adi i Tara poznają się w dość tradycyjnych okolicznościach, bo na ślubie, ale oboje są nowoczesnymi młodymi ludźmi [co dobitnie widać już po formie ich pierwszej 'zapoznawczej' rozmowy:P]. Patrzącymi dość podejrzliwie na owo zaaranżowane małżeństwo ich znajomych. Sami by na to 'nie poszli'. Małżeństwo zresztą w ogóle nie mieści się w ich planach. Nie przywiązują się też do miejsca. Z pochodzenia są Tamilami, teraz przebywają w Mumbaju, ale to nadal tylko kolejny 'przystanek w drodze'. Dla niego, obiecującego twórcy gier komputerowych, docelowym wymarzonym miejscem zawodowym są Stany albo Wielka Brytania. Jej marzy się stypendium z ukochanej architektury w Paryżu - mecce artystów. Owszem, są sobą zauroczeni, ale nie gotowi na żaden kompromis. Zgodnie ustalają, iż najlepszy będzie związek 'na teraz'. Bez obietnic i zobowiązań. Bez komplikacji.
Wielu krytyków chwaliło nienajmłodszego wszak reżysera za świeżość spojrzenia i świetne 'wyczucie' dzisiejszej młodej generacji. Owoż młode pokolenie, najważniejsza dziś grupa widzów kinowych i ewidentnie docelowy target tego filmu obraz 'kupili' czyniąc go sukcesem kasowym. A ja się poczułam jednak trochę staro i obco:P Nie chodzi o to, iż uważam owych młodych bohaterów za niewiarygodnie naszkicowane postaci, ale po prostu to nie jest 'mój świat'. I niezupełnie go rozumiem. Może i nie muszę [nie należę do osób, którzy koniecznie muszą lubić bohaterów w każdym filmie], ale trudniej oglądać akurat komedię romantyczną z takimiż  bohaterami. Całe szczęście, iż grają ich aktorzy, których ogólnie darzę dużą sympatią (i którzy tworzą bardzo udaną ekranową parę), ale cały urok Dulquara i tak nie pomógł na momenty, w których zastanawiałam się, dlaczego ta dziewczyna nadal  jest z tym dużym chłopcem, uroczym, owszem, ale totalnie nieodpowiedzialnym [cała sytuacja z przyjazdem rodziny brata, gdy to wmanewrował wszystkich wokół  w bardzo niezręczną sytuację, zamiast mieć odwagę uczciwie - dorośle - podejść do sprawy]. I jakże rozumiałam reakcję Bhavani na jego zachowanie w trakcie koncertu muzyki klasycznej. Też bym była oburzona:P Nithyi dostała się zdecydowanie bardziej interesująca rola. Powody niechęci jej bohaterki do małżeństwa są znacznie ciekawsze niż te Adiego. Jest niezależną, silną, ale i wrażliwą dziewczyną. I nie stosuje wygodnych uników jak Adi. I bardzo mi było żal, że ma tak mało wspólnych scen z Prakashem. Bo w jednej udowodnili, jaki to mógłby być cudowny aktorski tandem. No właśnie.. Prakash. I Leela Samson [debiutująca w kinie tancerka bharatanatyam i była członkini komisji cenzorskiej]. To moja ulubiona para tego filmu. To ich relację obserwowałam z prawdziwą fascynacją i czułością. Nie dlatego, że byli małżeństwem [o tym, czemu to podkreślam, za chwilę], ale dlatego, że taką piękną parą. I chciałabym cały film tylko o nich. Ich relacji i  chorobie, która powoli podstępnie wkracza w ich życie. Wyobrażacie sobie Prakasha w indyjskiej wersji L'Amour? No właśnie. Ależ to byłoby fantastyczne!
Pisałam o pochwałach dla Maniego za 'bycie na czasie' i rozumienie młodych. Finał filmu świadczy jednak bardziej o konserwatyzmie reżysera Przecież to nie jest tak, iż gwarancją trwałości związku jest tylko małżeństwo, a wolne związki są z definicji niezdolne do kompromisów czy poświęcenia. Nie w tym rzecz, jak śpiewała Krystyna Prońko.
Brawa należą się natomiast Maniemu za stronę wizualną. Zwłaszcza za naturalność i umiar w tej kwestii (tak, wciąż pamiętam o przekombinowanych 'zabawach' kamerą z Ravanany:P) Ok Kanmani można wpisać na  listę filmów 'z Mumbajem w tle'. Takim prawdziwym, codziennym Mumbajem. Z odrapanymi pociągami regionalnymi, prostymi jadłodajniami i targiem ulicznym. Mumbaj tętniący życiem i zwyczajnością. A jednocześnie miasto z piękną architekturą (widoki zrozumiałe zważywszy na pasję bohaterki). Mumbaj, jaki trudno znaleźć w rom comie z głównego nurtu w bolly [gdzie raczej - podobnie jak w polskich komediach romantycznych - jeśli już oglądamy miejscowe plenery, to odpicowane tak, że natywnym mieszkańcom trudno je rozpoznać:P] Taki właśnie Mumbaj chciałabym kiedyś poznać osobiście. Nie trafiła za to do mnie kompletnie Rahmanowa muzyka (ok, poza tytułowym motywem). Pewnie znów za stara jestem:P
Podsumowując: OKK to - porównując z jego ostatnimi filmami - krok Maniego w dobrym kierunku (myślę, że przede wszystkim dużo dało postawienie na prostotę i świetnie dobrana obsada), ale do poziomu tych całkiem dawnych obrazów reżysera wciąż spory kawałek. To był - wbrew niemałej chyba porcji krytycznych uwag w tej recenzji - owszem miły seans, ale nie zostanie w mym sercu jak stare filmy Maniego.



czwartek, 21 maja 2015

Dasharatham (1989) - Mohanlal i sztuczne zapłodnienie, czyli czy pijak i związkofob nauczy sie kochać?

Stwierdziłam, iż to skandal, że nie mam żadnej notki o filmie Mohanlala, coby zalinkować ją z okazji jego urodzin, no więc kolejne przypomnienie wątku z forum b.pl ;) 

Nie, to nie jest żaden romans, nie o taką miłość tu chodzi, a Mohanlal nie ma w tym filmie nawet żadnej 'romantycznej partnerki':)
Jego bohater, Rajiv Menon, jest bogaty i nie ma rodziny ani żadnego pomysłu na życie poza włóczeniem się i popijaniem. Niby jakąś tam firmę prowadzi, ale w zasadzie robi to jego zaufany pracownik (którego można nazwać chyba nawet jego przyjacielem, a na pewno dobrze mu życzącym człowiekiem), a Rajiv się tylko czasem tam pojawia (i to nie zawsze trzeźwy...)
Kobietom nie wierzy (potem się wyjaśni czemu) i po prostu wynajmuje je za pieniądze do wszelkich 'usług'. Chyba można by go trochę porównać do Dudleyowego Arthura (czy w wersji indyjskiej Biga w 'Shaarabi') Pewnego dnia los postawi (a w zasadzie położy:P) na drodze Rajiva innego opijusa [pisałam już, że Mohanlal i Nedumudi to jeden z moich ukochanych filmowych duetów?], tyle że nie tak dobrze sytuowanego. Połączy ich specyficzna przyjaźń, a Rajiv zacznie na swój sposób pomagać Scariahowi. W tym zafunduje jego rodzinie (w ramach 'urlopowego wyjazdu', który Scariah był im obiecał, a oczywiście nie miał na to kasy, bo przeca skąd?) tygodniowy pobyt w swojej posiadłości.
Początkowo wydaje się, że dzieci Scariaha rozniosą willę Rajiva (jak to dzieci^^), ale gdy po tygodniu wyjadą Rajiv nagle stwierdza, iż dom zrobił się bardzo pusty i czegoś mu jednak brakuje... Przyzwyczaił się do dziecięcego gwaru:) Postanawia więc, że chciałby mieć dziecko (najlepiej chłopca). Ale żona nie wchodzi w grę:P Jakie więc wyjście? Adopcja? Przyjaciel Dr. Hameed podpowiada mu inne wyjście: jest nowa metoda - można sobie 'wynająć macicę' [!! tak, nic mi się nie pomyliło - takie rzeczy są w kinie molly sprzed 25 lat:P] I wtedy dziecko będzie nawet całkiem 'z jego krwi'. Jako, że Rajivowi kasy nie brakuje, znalezienie chętnej na taki układ kobiety nie powinno być problemem. Chociaż.... to też zależy jaka kobieta im się 'trafi'.
'Dasharatham' to wspólne dzieło dwóch panów, których obeznani trochę w starszym kinie molly powinni znać: Lohithadasa (scenariusz) i Sibiego Malayila (reżyseria). Tak jak wspomniałam, to żaden romans, bardziej dramat familijny (obejrzałam go w ramach świętowania urodzin Mohanlala, ale równie dobrze pasowałby i do Dnia Matki np:D), film o ranach i lękach, ale także o głębokich uczuciach i więzach. Miejscami zabawny, ale i wzruszający, i dający nadzieję (taką terapeutyczną?) Dobrze napisany i świetnie zagrany, a Mohanlal (zwłaszcza w niektórych scenach - jak niezwykłej prośby wobec przyjaciela, czy w końcowej rozmowie) fantastyczny! I - podobnie jak Mammootty - potrafi też grać i samymi rękami^^ [a nawet paznokciami, jak twierdzi Surya, który wspominał, iż mając na początku kariery problem z tym, co zrobić z 'wolnymi'' rękoma, uczył się tego właśnie oglądając Mohanlalowe role. Zapewne właśnie takie, jak tu owa końcowa scena z Sukumari)
Dasharatham to film warty obejrzenia 'z okazji', i bez też ;)


środa, 13 maja 2015

B.Somaaya, J.Kothari, S.Madangarli: 'Mother Maiden Mistress: women in hindi cinema, 1950-2010'

Po wojażowej przerwie wracam powoli do pisania. Na początek trochę nadrabiania zaległości, czyli o książce, którą czytałam równolegle z oglądaniem filmów z kobiecymi bohaterkami. Interesującej, przekrojowej - bo obejmującej aż sześć dekad - analizie postaci kobiecych w kinie hindi. Rzecz, która uświadomiła mi, jak wciąż niewiele wiem o tym kinie (sporo tytułów było dla mnie nowych - i pilnie sobie je wynotowywałam, żeby potem poszukać do obejrzenia -  zwłaszcza tych z lat 80, którą to dekadę nie ja jedna pewnie traktowałam trochę 'po macoszemu', pozostając w sztampowym przekonaniu, jakie to były kiepskie, regresywne tematycznie czasy), ale w której sporo ciekawego znajdą dla siebie i ci bardziej  'początkujący' (czy np. nie obeznani kompletnie ze starszym kinem). Zwłaszcza, iż autorki - trzy panie, 'zaprawione' już wcześniej w badaniach i pisaniu o kinie - nie poprzestają na samym opisywaniu ciekawych filmowych bohaterek, ale analizują też pokrótce społeczny kontekst każdej epoki (który przecież zwykle wpływa i na to, jakie tematy, postaci filmowe są w niej dominujące - vide angry man z lat 70-tych, czy familijność lat 90-tych), a także np. dominujące w danej epoce stroje czy fryzury  (dzięki czemu można także lepiej poczuć ducha danej epoki, a także np. dowiedzieć, kiedy i w jakich okolicznościach pojawili się w bolly profesjonalni styliści). Każdy rozdział kończy też dłuższy wywiad z popularną w danej epoce aktorką (są wśród nich: Waheeda, Asha, Hema, Shabana, Madhuri i Rani. Przy tej okazji dowiedziałam się np. że to Madhuri chciała koniecznie pracować z Vishwanathem - i od tego uzależniła zagranie u pewnego producenta - czy jak Shabana próbowała wykorzystać swą wiedzę psychologiczną w kinie:P).  Opisywane bliżej ciekawe bohaterki filmów z każdej epoki zostały pogrupowane w pewne typy (i sporo z nich pochodzi, a jakże, z Mahabharaty - ze wzorcem wiernej i poświęcającej się Sity i przeczystej Savitri  na czele).  Z innych ciekawostek dowiedziałam się także, iż - tak postulowany przez nas kiedyś na forum - motyw zgwałconej dziewczyny, której to doświadczenie nie musi totalnie 'stygmatyzować'/zamykać szansy na dalsze, w miarę normalne życie - pojawił się w kinie hindi już w latach 60-tych  (i to w filmie z Nutan i Dharmendrą!), a potem takie bohaterki pojawiały się już w każdej kolejnej epoce, natomiast w rozdziale tyczącym owych 'regresywnych' lat 80-tych mamy cały poddział tyczący 'żon, które wybierają' - czyli bohaterek, które nawiązały romans, a w konsekwencji opuściły swoich mężów! (i wcale niekoniecznie są za to potępiane:P)
Struktura książki jest zatem dość przemyślana i logiczna, a przy tym napisana jest ona naprawdę przystępnie [w odróżnieniu od np. zaposiadanej także przeze mnie książki o kobietach w kinie molly, która niestety sprawia wrażenie zbioru esejów naukowych, czyli rzeczy, której nie da się po prostu z przyjemnością czytać, a należy 'studiować' - z 'parującym od wysiłku mózgiem' i koniecznie słownikiem pod ręką:P] Podobało mi się, iż - kreśląc ową ewolucje bohaterek w kinie hindi na przestrzeni tylu lat - autorki przyjmują  następujące w ostatnich latach zmiany w tym zakresie z owszem optymizmem, ale jednak umiarkowanym (a nie samymi zachwytami, jak ci, dla których to kino zdaje się zaczynać od lat 90, a przez to brak im owej szerszej historycznej perspektywy:P) Nie znaczy to jednak, iż z wszystkim w książce się koniecznie zgadzam (szczególnie drażniło mnie pobieżne wspominanie o jakimś tytule z wcześniejszej epoki, po czym obszerne zachwyty nowszym - poruszającym podobne kwestie - tytułem, traktowanym przez autorki, jako pewnego rodzaju przełomowy w danym ujęciu sprawy. Trochę wydawało mi się to niesprawiedliwe:P). Miałam też niedosyt w zakresie przedmowy o kinie z lat 30-40 (tak, wiem, tytuł jasno wskazuje, iż książka zajmuje się  zasadniczo filmami powstałymi już w niepodległym kraju, ale to właśnie wtedy - choć niekoniecznie w związku li z niepodległością, jak dotąd myślałam, a bardziej zmianą sposobu finansowania kina - nastąpił pierwszy regres w zakresie postaci kobiecych, a wiedza o tych przeciekawych bohaterkach kina lat 30-40  jest naprawdę trudno dostępna, nie mówiąc już o samej szansie obejrzenia owych filmów z nimi, więc jak już ktoś cokolwiek o nich pisze to chciałabym więcej i więcej...),  ale niewątpliwie jest to naprawdę ciekawa i rozszerzająca wiedzę lektura.
autorki na promocji książki

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Aval Appaditham (1978) - taka jest Sripriya, czyli tamilskie kino feministyczne z lat 70-tych


Dziś umarła. 
Jutro się odrodzi.
Znowu umrze. 
Znowu się odrodzi.
Taka właśnie jest.

Ostatnie słowa filmu idealnie podsumowują jego bohaterkę. Kobietę niezależną (choć daleką od stereotypowego portretowania takich bohaterek obecnego w kinie indyjskim do dzisiaj - vide np Coctail - czyli krótkich spódniczek, picia, palenia i imprez w nocnych klubach. Bo przecież to to, co jest w głowie jest tu najważniejsze i jak najbardziej można być wyzwoloną kobietą i w tradycyjnym sari), która zdecydowanie 'żyje po swojemu'. Walczy, upada i podnosi się. Choć chyba nie potrafi już być szczęśliwa. Jak bowiem podsumowuje w innej słynnej scenie z tego filmu: szczęśliwym można być, gdy nie ma się pojęcia o 'wyzwoleniu kobiet'. Manju zdecydowanie ma. Na pierwszy rzut oka wydaje się zepsutą cyniczką. Tak zresztą opisuje ją jej szef z agencji reklamowej  (sam klasyczny egzemplarz MCP, do czego się zresztą też jasno przyznaje. Swoją drogą to fascynujące, że Rajni potrafi nawet takie postacie uczynić w jakiś sposób przykuwającymi uwagę. Well... to się chyba nazywa charyzma;)). I nawet jeśli nowo przybyły do firmy dziennikarz (który robi dokument o sytuacji kobiet), zupełnie inny typ faceta, niż ci z którymi Manju miała dotąd do czynienia (Kamal zwyczajowo grający wcielony ideał) nie daje się zwieść tym pozorom i próbuje się 'przebić' przez tę skorupę (bo tak naprawdę zachowanie Manju jest w dużej mierze jej wytworzonym mechanizmem obronnym) happy endu nie będzie. Nie w takim kinie.
Aval Appaditham to film z wielu względów wyjątkowy. Starczy może wspomnieć, że to dzięki temu jednemu filmowi jego reżyser, zmarły jakieś pół roku temu C. Rudhraiya, trafił do annałów kina tamilskiego i nie tylko (wszak pierwszy raz o tym filmie przeczytałam przy okazji IBN-owego zestawienia setki najlepszych tytułów w kinie indyjskim). Na dodatek był to jego debiut. Zafascynowany ideami francuskiej Nowej Fali twórca postanowił przenieść te idee na rodzimy grunt. Zgromadził wokół siebie grono podobnych młodych  zapaleńców (głównie - jak on - absolwentów prestiżowego dziś, a wówczas startującego, ćennajskeigo instytutu filmowego). Wśród nich był poznany także w owym instytucie Kamal. Aktor wówczas już dość uznany i zapracowany, ale jeszcze nie z gwiazdorskim statusem. I chętny też i do bardziej niszowych eksperymentów. To Kamal, któremu autorskie koncepcje Rudraiyi bardzo się spodobały, przyciągnął do tego filmu i Sripriye i Rajiniego. Wszyscy oni kręcili Aval Appaditham w przerwach między pracą przy innych, licznych projektach filmowych  (Kamal kręcił wtedy koło 20 filmów:P). Atmosfera była bardzo twórcza - w przerwach ujęć toczyły się dyskusje o światowym kinie i jak zrobiłby daną scenę Godard np^^  Film nie miał wielkiego budżetu, ale Rudhraiya miał jasną wizję tego, co chce osiągnąć i cyzelował ujęcia, sceny, dialogi...  No właśnie, oglądałam już niejeden film saute, ale chyba jeszcze nie było mi aż tak szkoda braku rozumienia dialogów, tu bowiem zdają się one być prawdziwą esencją filmu (zresztą na podstawie paru dostępnych na YT podpisanych fragmentów można się przekonać, jak były ważne i dobrze napisane). Film zrobił klapę w kinach, ale gdy pozytywne opinie o nim napisali tacy uznani już reżyserzy jak Bharatiraja i Mirnal Sen sytuacja się trochę zmieniła i szybko zyskał status dzieła kultowego. Zdobył też nagrodę stanowa dla najlepszego filmu, za zdjęcia i specjalną nagrodę za rolę Sripriyi.  Mogłoby się wydawać, iż kariera stanęła przed Rudhraiyą otworem, ale reżyser zrobił tylko jeszcze jeden film, który przeszedł bez echa, po czym nie udało mu się niczego innego doprowadzić do końca... Był bowiem chyba zbyt ambitny i niezależny, a to nie ułatwiało współpracy z nim. I chyba bał się, iż znów nie 'przebije' swego słynnego debiutu.  W każdym razie i tak, dzięki jednemu Aval Appaditham, filmowi niezwykłemu chyba nie tylko na tle tego, co działo się wówczas w kinie tamilskimprzeszedł do historii.
A na zakończenie, skomponowana przez Maestra Illayaraję, a śpiewana przez Kamala, jedna ze słynnych piosenek z filmu (tak, film był z założenia 'inny', eksperymentalny, ale nie znaczy, że pozbawiony piosenek - w końcu to przecież nie jest tak, że one same warunkują mainstreamowość filmu, a ich brak jego niszowość, prawda?^^)

piątek, 17 kwietnia 2015

Mahanagar (1963) - Madhabi idzie do pracy



Z każdym kolejnym obejrzanym filmem Raya upewniam się, jak krzywdzące jest postrzeganie go głównie przez pryzmat 'reżysera od Trylogii Apu' (czyli specjalisty od portretowania biednej indyjskiej prowincji). Tymczasem Ray potrafi świetnie sportretować i psychologiczne rozterki gwiazdy (vide Nayak) i dobrze sytuowaną dziewiętnastowieczną klasę średnią rodem z powieści Tagore'a (vide Charulata) i uboższą współczesną wielkomiejską klasę średnią - jak ma to właśnie miejsce w Mahanagar. Pozostając w przekonaniu, iż Indie to 'brud i bieda' łatwo bowiem przeoczyć fakt, iż w połowie XX stulecia (podobnie jak w Polsce po 2 wojnie światowej) także w Indiach (przynajmniej w dużych miastach, takich jak Kalkuta, gdzie toczy się akcja filmu) dokonywał się ważny społeczno-ekonomiczny przełom, w efekcie którego coraz więcej kobiet 'wychodziło z domu' i podejmowało pracę zawodową. Nie był to jednak jak u nas proces wspierany 'propagandowo' przez ówczesną władzę, ale po prostu konieczność ekonomiczna. Taka właśnie sytuacja tyczy bohaterki filmu, szczęśliwej żony i matki. Aarti (cudowna i absolutnie przepiękna Madhabi Mukherjee) nie chce iść do pracy, żeby realizować swoje ambicje, 'wyrwać się z domu', w którym się nudzi itp. Ona po prostu widzi, jaka jest sytuacja (że zarobki jej męża dawno przestają wystarczać na potrzeby rodziny - zwłaszcza że jest to rodzina 'rozszerzona', obejmująca obok ich dziecka także siostrę i rodziców Subraty) i chce wesprzeć, 'odciążyć' męża... Satysfakcja z pracy, niezależności, którą ona daje, przyjdzie dopiero z czasem (gdy zacznie być chwalona za wyniki, dostanie pierwszą pensję, potem podwyżkę, a i zobaczy, jak sprawdza się w samym kontakcie z ludźmi, klientami...) Podobnie niebanalny jest portret jej męża (i podobną - subtelnie pokazaną, ale psychologicznie znaczącą - ewolucję przechodzi jego postać). Na samym początku Subrata deklaruje głośno, że jest tradycjonalistą i jego zdaniem miejsce kobiety jest w domu, nie jest on jednak 'typowym' męskim szowinistą. Po prostu tak został wychowany i początkowo nie wyobraża sobie innego podziału ról. Jednak to on sam  znajduje żonie ofertę pracy, pisze jej list motywacyjny i wspiera w jej obawach wobec jasno wyrażanej dezaprobaty swego ojca wobec tego pomysłu ("przejdzie mu, jak za pierwszą pensję kupisz mu okulary, których od dawna potrzebuje"). I nawet jeśli sukcesy jego żony w nowej pracy  (zresztą też bardzo interesującej - i nowej wówczas na rynku - bowiem Aarti zostaje salesmanką sprzedająca sprzęt AGD metodą door-to-door) zaczynają w nim budzić coraz większą niepewność (miało to być dodatkowe, tymczasowe źródło dochodów dla rodziny, tymczasem zaczyna wyglądać, iż powodzi się jej w pracy lepiej niż jemu...), a i podejrzliwość, to ostatecznie nie kończy się to dramatycznym kryzysem, a przepiękną sceną wsparcia i zaufania (niektórzy krytycy wprawdzie piszą, że to wygląda zbyt hollywoodzko, ale przecież nie można się zawsze przejmować zdaniem krytyków:P).
Nie jest to jednak jedyny wątek w filmie. Ważny i ciekawy jest także obraz relacji w pracy Aarti: zarówno jeśli chodzi o jej szefa, jak i koleżankę z pracy, Edith - Angloinduskę (która też stanie się częścią nowo odkrytego przez Aarti świata i możliwości). Interesujący jest także portret ojca Subraty  - przedstawiciela tego pokolenia, które (w odróżnieniu od samego Subraty) już nie jest w stanie zrozumieć i zaakceptować nowej sytuacji i zmian..  
Mimo kompleksowości owego portretu epoki oraz zniuansowania swych bohaterów Mahanagar nie jest jednak ani jakimś ciężkim w odbiorze filmem, ani też nie ma dziś głównie wartości 'historycznej'. Gdy zresztą dwa lata temu (czyli po 50 latach od premiery) jego zrekonstruowana wersja trafiła ponownie do kin  dominowały opinie, jak bardzo w swej zasadniczej warstwie jest to obraz wciąż bardzo aktualny. I takie powinno być dobre kino.
Brytyjski zwiastun odnowionej wersji: 
Ps. Aaa...no tak, i to był filmowy debiut Jayi (zagrała młodszą, kończącą właśnie szkołę, siostrę Subraty)