piątek, 30 stycznia 2015

Poznając świat Uttama Kumara: 'Mahanayak revisited'

Zmarł 34 lata temu, a wciąż jest największą gwiazdą i ikoną kina bengalskiego. Rocznice urodzin i śmierci którego są uroczyście świętowane (choć tuż po jego śmierci ówczesne władze nie pozwoliły nawet na publiczne wystawienie jego ciała, by fani mogli mu oddać ostatni hołd - przyczyny czego też opisuje biografia,  o której tu mowa). Jak powiedział  po jego śmierci S.Ray (u którego Uttam zagrał dwukrotnie) 'Odeszło światło Bengalu. Nie ma i nie będzie drugiego takiego aktora jak on'. Jednak - jak wiele legend kina regionalnego - poza rodzimym Bengalem jest mało znany. Czemu i trudno się dziwić, zważywszy, że dopiero niedawno wyszła jego pierwsza biografia po angielsku. Jej autor, Swapan Mullick, z zawodu krytyk filmowy, nie traktuje jej jednak jako fanowskiego hołdu dla gwiazdy, nie koloryzuje też czy nie ubarwia faktów, ale stara się rzeczowo przedstawić postać Uttama na tle ówczesnego Bengalu i Tollygunge (czyli kalkuckiego przemysłu filmowego - nazwa tollywood powstała dopiero później, gdy to bengalska branża filmowa w  latach 80. zaczęła bardziej czerpać wzorce z sąsiedniego Mumbaju). Kreśli zatem pokrótce (zdecydowanie zbyt pobieżnie jak dla kogoś tak skromnie zorientowanego w owych realiach - polityczno-społecznych ale i filmowo-teatralnych - jak ja) specyfikę czasów, w których Uttam debiutował. Bo charyzma czy talent swoją drogą, a trafienie w odpowiedni moment (gdy to, po odzyskaniu nieodległości i partycji, także w lokalnej branży filmowej zaszły spore zmiany - przede wszystkim kryzys dotąd panującego systemu studiów filmowych na rzecz zwiększenia roli indywidualnych producentów) swoją. Być może bez tych okoliczności, powodujących spore przetasowania i nowe możliwości, skromny chłopak z klasy średniej, bez żadnego przygotowania aktorskiego (mówimy o stanie z bogatymi tradycjami kulturalnymi, gdzie prężnie rozwijał się teatr, więc aktorzy 'znikąd' nie byli tak powszechni jak gdzie indziej) mógłby trafić na takie szczyty popularności. Choć nadal nie było łatwo (z obsady pierwszego filmu  w ostatniej chwili 'wyleciał', drugi nie wszedł na ekrany, w trzecim miał tak małą rólkę, że nie było go nawet w napisach, a potem przez kilka pierwszych lat  filmy z jego udziałem robiły klapę za klapą i już nawet poważnie myślał o porzuceniu marzeń o graniu i powrocie do pracy urzędnika). Przełom nastąpił za sprawą Sare Chuattar, w którym jednocześnie po raz pierwszy zagrał z Suchitrą Sen - aktorką, z którą przez ponad dwie dekady tworzyli ikoniczną ekranową parę. Potem od sławy odwrotu już nie było, choć były i lata tłuste i chude. Z tego, co pisze Mullick, Uttam miał wiele cech 'typowej' gwiazdy (i tym bardziej uderza, jak wiele jest prawdziwego Uttama w Nayaku): z jednej strony miał niewątpliwie potencjał, spore ambicje a i dobre serce (organizował choćby sporo akcji  na rzecz emerytowanych aktorów, walczył też mocno o równe traktowanie całej ekipy na planie), z drugiej miał poczucie, ze 'bycie gwiazdą zobowiązuje' i choćby nieraz bał się zaryzykować i ulegał podszeptom 'zaufanych klakierów' podejmując kolejne 'bezpieczne projekty' (choć mnie, na tle tego, jak prezentują się gwiazdy z ościennych stanów i tak uderza różnorodność jego ról). Autor pisze też sporo o jego relacjach z ekranowymi partnerkami, z których najważniejsze są trzy panie na S: oczywiście Suchitra - z którą prywatnie akurat zawsze miał tylko relację czysto przyjacielsko-profesjonalną (i tak, w ich wspólnych filmach zawsze to nazwisko Suchitry było pierwsze); Sabitri - z którą, jak wygląda, tworzył filmowo dużo ciekawszy, bo bardziej 'realistyczny' duet (podczas gdy z Suchitrą byli raczej tym 'przeniesieniem w krainę marzeń i nieosiągalnych ideałów'), a przez chwilę byli też ze sobą związani; wreszcie Supriya - aktorka, dla której porzucił swoją rodzinę i z którą mieszkał - bez formalizacji tego związku (ona też była prawnie żoną kogoś innego) - aż do swojej śmierci (czyli kilkanaście lat). Mamy też trochę o innych popularnych (choć w żadnej sposób nie dorównujących pozycji Uttama) aktorach tego okresu. O ówczesnych bengalskich reżyserach i źródłach pomysłów na filmy  (w tych nieformalnych - choć przyznać trzeba dość nielicznych - inspiracjach z zachodu).  Oraz o bolesnych próbach zaistnienia aktora w Mumbaju (strasznie smutno się to czyta, bo odnoszę wrażenie, że zawdzięcza im dużą część swych problemów sercowych zakończonych jak wiadomo przedwczesną śmiercią na skutek kolejnego zawału). Odnoszę też wrażenie, że to w związku z profesją autora szczególnie dostało się Uttamowi w książce za serię ról dziennikarzy w latach 70 (co ciekawe w wielu z tych kiepskich ponoć filmów partnerowała mu młodziutka wówczas Aparna) - trudnym okresie w karierze aktora, gdy to  granie amanta się już niespecjalnie sprawdzało, a nie bardzo potrafił on znaleźć nowy ciekawy pomysł na siebie (problem także znany i do dziś z ościennych stanów, a wtedy dodatkowo perspektywy pozakinowych alternatyw dla aktorów były skromniejsze, no i - podobnie jak w bolly - nadchodziły lata załamania poziomu kina).  Czyta się to wszystko bardzo ciekawie (i szybko, zresztą książka ma niecałe 200 stron), choć - ponieważ, jak już napisałam, autor nie próbuje wypełniać 'luk' spekulacjami, a czasy były takie, że ani aktorzy bardzo nie zabiegali o 'promocję w mediach' (a już Uttam na pewno), ani media (przynajmniej bengalskie) o kontakty z nimi - po lekturze zostaje i owszem, także sporo niedosytu. Może jednak i to, że wielu rzeczy o Uttamie nie wiemy (i pewnie nigdy się już nie dowiemy) ma swoją wartość w tworzeniu jego legendy? W każdym razie na pewno warto przeczytać przynajmniej ten 'opis jego świata', który oferuje Swapan Mullick. Licząc, że nie będzie to ostatnia próba przybliżenia widzom spoza Bengalu postaci Mahanayaka (które to określenie - wielki aktor, bohater - zresztą przylgnęło do Uttama dopiero po jego śmierci - jak pisze Mullick, za życia nigdy by się tak nazywać nie pozwolił:))



Ciekawostki z książki:
  • jako młody chłopak Uttam [znaczy wtedy jeszcze Arun Kumar Chaterjee]  dorabiał sobie... dawaniem lekcji śpiewu (jedną  jego uczennic była jego późniejsza żona, Gauri, którą poślubił w wieku 20 lat). Tym bardziej zastanawiające, że chyba nigdy nie wykorzystano jego prawdziwego głosu w piosenkach filmowych.
  • etatowym 'głosem' Uttama (myślę, że można to porównać do casusu Kishore'a Kumara z Rajeshem Khanną) przez sporą część jego kariery był Hemanta Mukherejee (znany w kinie hindi jako Hemant Kumar) 
  • to właśnie Hemant, wyrobiwszy sobie markę i w Mumbaju, zaoferował Uttamowi potencjalnie największą szansę na zaistnienie także w kinie hindi: wyprodukowany przez niego Bees Saal Baad  z 1962r. (adaptacja bengalskiego hitu opartego luźno na prozie Conan Doyle'a zresztą) stał się olbrzymim hitem. Ponieważ jednak Uttam miał obawy względem rezygnowania z intratnych projektów na miejscu na rzecz niepewnego losu w Mumbaju z szansy tej skorzystał ostatecznie początkujący wówczas aktor Biswajeet (który dzięki tej roli stał się sporą gwiazdą w kinie hindi).
  • już jako popularny aktor Uttam zadebiutował na profesjonalnej scenie teatralnej, w Star Theatre, w sztuce Shyamali.  Prawdopodobnie jedną z ważnych przyczyn takiej decyzji - poza chęcią zagrania na uznanej scenie - był fakt, iż główną rolę żeńską (głuchoniemej dziewczyny) w owej sztuce grała Sabitri, a łączyła ich wówczas szczególna relacja. Ponoć - mimo równoczesnych zobowiązań filmowych - Uttam podszedł do sprawy bardzo profesjonalnie: punktualnie przychodził na próby i  nigdy nie odwoływał w ostatniej chwili swego udziału w zaplanowanych spektaklach. Sztuka została kilka lat później przeniesiona i na ekran, a Uttam  powtórzył także w filmie tę samą rolę (choć już z inną partnerką).
  • autor książki twierdzi, że prawdopodobnie pierwszym bengalskim filmem, który miał 'zachodnie koneksje' (czytaj: był luźnym remakiem:P) było Harano Sur (które wzięło fabularny pomysł z hollywoodzkiego Random Harvest). Na pewno jednak podobnie inspirowane było kilka lat wcześniejsze Sadanander Mela (także z Uttamem i Suchitrą w obsadzie, choć nie na pierwszym planie)
  • reżyserzy bardziej autorskiego kina raczej omijali gwiazdy pokroju Uttama (S.Ray sięgnął po niego dopiero, gdy napisał scenariusz, w którym głównym bohaterem był właśnie kinowy gwiazdor). Uttam zagrał jednak w debiutanckim filmie Mrinala Sena Raat Bhor, choć ostatecznie Mrinal uznał ten film za nieporozumienie i 'wyparł' się go. 
  • w 1963 roku, w dniu urodzin swej żony, po kłótni z nią Uttam opuścił swój dom i poszedł przenocować u Supryi (która także formalnie nie była stanu wolnego, ale mieszkała już wówczas sama z córką), gdzie już pozostał. Ich związek, nigdy nie sformalizowany, trwał do końca życia Uttama  (czyli 17 lat). Uttam jednak pomagał finansowo swej 'prawowitej' rodzinie. 
  • po śmierci Uttama dorastająca wówczas córka Supriyi wniosła do sądu pozew o uznanie jej praw do spadku po aktorze, twierdząc, iż ten ją formalnie adoptował. Nie udało się tego jednak ostatecznie udowodnić (wymagałoby to w tej sytuacji zgody zarówno żony Uttama, jak i męża Supriyi)
  • Uttam zmarł na planie filmu Ogo Bodhu Shundor - nieformalnej adaptacji My fair lady. Po śmierci aktora film został dokończony z użyciem sobowtóra, a rolę Uttama zdubbingował jego młodszy brat, także aktor - Tarun Kumar.
  • Suchitra Sen, która w owym czasie już wycofała się z grania i nie pokazywała się w ogóle publicznie, przyszła złożyć ostatni hołd jego ciału i położyć mu rękę na czole. Ponoć obiecała mu to kilka lat wcześniej.
  • Jedna ze stacji kalkuckiego metra nosi nazwę Mahanayaka Uttama Kumara. Obok stacji Tollygunge, czyli niedaleko studiów filmowych, w których pracował, stoi natomiast realnej wielkości pomnik aktora.

wtorek, 27 stycznia 2015

Filmowy przegląd 2014 roku - kino tamilskie

Bogu niech będą dzięki za bluraje, bo to im zawdzięczam większość napisów do nowych filmów tamilskich (w zwykłych wydaniach dvd wciąż z tym kiepsko) 

Vaayai Moodi Pesavum
Czy nie macie momentów, gdy wydaje się wam, że świat jest za głośny? Że mówimy za dużo, a niewiele z tego wynika? Że marzy się o 'uzdrawiającej' ciszy? Tak właśnie odbiera świat bohaterka - młoda lekarka. Jej przeciwieństwem jest bohater - on, jako 'domokrążny' sprzedawca, w zasadzie żyje  'z gadania' i jest w tym naprawdę dobry. Gdy w okolicy wybucha i coraz bardziej rozprzestrzenia się tajemnicza, pozbawiająca coraz więcej osób głosu, epidemia i rząd prewencyjnie wprowadzi zakaz mówienia będzie okazja zobaczyć, jak to by było właśnie z ciszą. I to jest najpiękniejsza część filmu (pierwsza jest - chyba w sumie celowo - naprawdę męcząco głośna). Tworzy się taki specyficzny, uroczy klimat - trochę jak ze starego kina (choć tu ludzie nawet nie 'kłapią' ustami'';)).  I z jednej strony widać, że owa cisza faktycznie potrafi 'leczyć'- daje czas na przemyślenia, uczy większej empatii itp. Z drugiej okazuje się, że też i te słowa bywają potrzebne (choćby by precyzyjnie wyeksplikować otoczeniu to, co uświadomiliśmy sobie dzięki owej ciszy). Byle właśnie nie przesadzić;) Ciekawy film i bardzo udane wejście Dulquera na rynek tamilski.

Cuckoo
'Znafcy' bollywoodu (czyli kina indyjskiego, bo 'jak wiadomo' to jedno i to samo:P) przekonani są zwykle, że wszystkie filmy stamtąd są o miłości. Oczywiście to bzdura, faktem jest jednak, że różnych love stories można w Indiach spotkać sporo (ale nie tylko tam, to w ogóle wszak popularny i nośny filmowo temat;)) i w pewnym momencie mogą się one znudzić. No chyba, że twórcy wprowadzą do ogranego schematu 'on i ona jak z żurnala' coś nietypowego. I w 'Kukułce' tak właśnie jest. Z jednej strony jest tu sporo 'typowych' elementów: muzyka (cudowna! - jeden z najlepszych indyjskich OSTów zeszłego roku), kolory, miłość 'z przeszkodami' rozpoczynająca się od tego, że ona mu da (słusznie:P) po głowie, a potem świata za sobą nie będą widzieć itp. Ale ta miłość tyczy pary niewidomych i to jest ta różnica. I, co jest fajne, reżyser nie próbuje 'epatować' widza tą niepełnosprawnością - ona po prostu jest i ma swoje konsekwencje: niektóre zabawne (gdy np. bohaterowie przekonani, że mają do czynienia z tą drugą osobą, dzielą się pewnymi rzeczami z kimś całkiem obcym),  inne mniej (sceny w samochodzie), ale nie patrzy się na bohaterów jak na osoby bardziej wymagające współczucia niż 'zwykli' ludzie (których też nieraz wszak dotykają różne przykre i niezasłużone rzeczy). Może parę momentów jest ciut zbyt sentymentalnych i przedramatyzowanych, ale to także specyfika tej konwencji. Za to aktorstwo jest w całości pierwszorzędne (jestem tak zachwycona Dineshem, że obejrzenie Atthakathi saute staje się koniecznością), a humor naprawdę zabawny (co ogólnie obserwuję szerzej w tym nowym nurcie tamilskim).

Madras
Czekałam na ten film od pierwszych wzmianek, że Karthi wraca do realistycznego, 'prowincjonalnego' (choć akcja osadzona jest w północnym Ćennaju) kina. Że wreszcie wraca z bycia gwiazdą do bycia aktorem znaczy.  Może zatem za dużo nadziei sobie narobiłam? Że będą znów emocje jak kiedyś przy Paruthi Veeran? A nie było. Nie żeby ta historia 'wojny o ścianę' była nieudana, co to to nie, ale jednak zbyt chłodno przyjęłam Madras (podobnie jak kiedyś Subramaniapuram, choć tu nawet bez szoku choć na koniec), jakoś zbyt 'na dystans'. Może to jednak trzeba być 'stamtąd? A mnie z tamtymi stronami nie łączą nawet podróżne wspomnienia. Na pewno podobało mi się, że Karthi nie był tu w zasadzie gwiazdą, tylko częścią zespołu - takiej 'lokalnej paczki'. I nawet jeśli się z niej trochę wyróżniał (wykształceniem, a przez to i trochę strojem) to wciąż był 'chłopakiem stamtąd. I fajne było pokazanie, że dobre wykształcenie nie musi oznaczać chęci 'wyrwania się' z lokalnego środowiska, ale wręcz wniesienia czegoś do niego, by je zmienić na lepsze (i w ogóle, że to takie rozwiązanie - mniej filmsy, bo nie dające szybkich, spektakularnych efektów, ale przecież chyba jedyne naprawdę w dłuższej perspektywie skuteczne względem zmiany postaw - pokazano). Czekam na więcej takich poważniejszych projektów Karthiego.


 Jeeva
Kolejny południowy film o krykiecie, gdzie krykieta w zasadzie nie ma tak dużo, jak by się pewnie wstępnie można spodziewać. Krytycy w większości zresztą to właśnie filmowi Suseenthirana zarzucali: że za dużo w Jeevie romansu, a za mało 'kwestii krykietowych'. O ile jestem gotowa się zgodzić, że niewątpliwie interesujący (a rzadko przez kino pokazywany - i w sumie chyba tylko w tamilach) problem układów w sporcie (że znaczy - wbrew popularnemu mitowi american dream - niekoniecznie same marzenia, upór i talent starczą do 'przebicia się' i osiągnięcia sukcesu w wybranej dyscyplinie - tu krykiecie) został naszkicowany zbyt pobieżnie, za płytko, o tyle jednak w takiej formie z tej części 'romansowej' miałam dużo więcej frajdy jako widz, bo mnie urzekła. I Vishnu też. I strasznie fajne producenckie cameo jest na końcu:D (warto wiedzieć, że panowie się prywatnie przyjaźnią, stąd ostatnio sobie tak więcej i współpracują filmowo:))


Naan Sigappu Manithan
Podobnie jak przy romansidłach doświadczam też już znudzenia konwencją hirołsowską. I podobnie może tu pomóc odświeżenie schematu, choćby poprzez uczłowieczenie hiroła jakimś ograniczeniem. Drugi rok z rzędu najlepiej sprawdza się tu film z Vishalem, a narkolepsja daje zdecydowanie ciekawsze możliwości niż zeszłoroczne jąkanie;D Dolegliwość ta zostanie bowiem wykorzystana dość szeroko, stanowiąc nie tylko 'ciekawostkę', która w toku 'właściwej akcji' nie będzie mieć większego znaczenia. Posłuży ona bowiem zarówno do ogólnej charakteryzacji bohatera, odświeżenia 'tradycyjnego' wątku romansowego (jak tu się z kimś związać, gdy każda gwałtowniejsza emocja powoduje, że 'fajtasz' i zasypiasz?^^), a i widać jej konsekwencje przy radzeniu sobie bohatera z zemstą. Specjalnie wybrałam do ilustracji 'mokry' poster, ponieważ także te sceny (bo i finałowa rozgrywka 'z wodą') nie są tu tylko 'atrakcyjnym ozdobnikiem', ale mają swoje logiczne fabularne uzasadnienie. Bardzo podobało mi się też, iż nawet w klipach bohater nie traci swych 'właściwości'. Nie przypadł mi tylko do gustu pomysł na wyjaśnienie sytuacji, która dotknęła bohaterów (cała część retrospekcyjna jakaś taka nie teges..) - myślę, że byłoby lepiej, żeby to był po prostu przypadek. Ale ostatnia scena piękna. I postawa ojca dziewczyny (cudowny Jayaprakash).  I sama dziewczyna - taka zadziora (zresztą przy bohaterze z taka przypadłością musiała wziąć sporo inicjatywy w swoje ręce:D). I Vishal uroczy. Dawno nie oglądałam z taką frajdą i emocjami 'hirołsowca' :)

 Ramanujan
Ostatnio w Indiach prawdziwa moda na biopiki. Ramanujan ma jednak na wstępie coś, co go odróżnia.  Bohatera. To  bowiem pierwsza indyjska filmowa biografia naukowca, jaką kojarzę. Postaci mało pewnie popularnej (choć ku jego czci, w dniu jego urodzin, obchodzi się w Indiach corocznie Dzień Matematyki) ale jakże wybitnej. Tamila z ubogiej bramińskiej rodziny, którego przyjęto w poczet najbardziej szanowanych brytyjskich stowarzyszeń naukowych. Którego osiągnięcia matematyczne do dziś imponują. Dlatego cieszy, że kino (nie tylko rodzime, bo i Brytyjczycy zdaje się przymierzają do filmu o nim) się nim w końcu zainteresowało. Szkoda tylko, że efekt jest taki, iż czytanie o życiu i osiągnięciach Ramanujana w Wikipedii było dla mnie bardziej ekscytujące niż oglądanie filmu o nim. Reżyser, którego cenię za przybliżenie mi postaci Periyara, nie potrafił tu jakoś zbudować filmowego napięcia, a debiutujący w roli tytułowej wnuk Geminiego i Savitri nie ma (jeszcze?) tyle charyzmy, żeby potrafił 'pociągnąć' sam cały film jak Satyaraj Periyara. Zresztą to i inny typ bohatera, mniej krewki, bardziej introwertywny - zanurzony w owej matematyce, ale i religii. Nie rozumiem też idei, że skoro już 'fundujemy' Anglikom tamilski dubbing to część dialogów i tak mówią po angielsku.  Ostatecznie najciekawsze w filmie okazały się postaci kobiece - Suhasini w roli matki i Bhama jako żona Ramanujana. Może to bardziej o nich i ich relacjach (wzajemnych i z bohaterem) powinien być ten film?

Mundasupatti
Po raz pierwszy zetknęłam się z tym filmem trafiając przedpremierowo na specjalną aplikację go promującą, dzięki której można było  wystajlować swoją fotkę 'na południowca':D Już to powinno mnie zachęcić do filmu, ale jakoś o nim zapomniałam i dopiero roczne podsumowanie mi przypomniały o tym tytule. Pomysł jest zaiste odjechany: otóż w 1947 roku pewien Brytyjczyk przyjeżdża do tytułowej wioski i robi mieszkańcom serię zdjęć. Jako iż w okolicy panuje akurat epidemia, mieszkańcy łącza serię zgonów z fotkami i dochodzą do wniosku, że to robienie zdjęć zabija:D (co ich zdaniem pomogło głównie Indiom w odzyskaniu niepodległości nie zdradzę, ale to też odlot^^) Logiczną konsekwencją będzie zatem robienie zdjęć kolejnym 'szefom wsi' dopiero po ich śmierci. Do takiej właśnie pracy zostanie zaangażowany lata później fotograf z pobliskiego miasta. Biedak (skuszony tyleż gażą, co sympatią do wnuczki umierającej 'głowy wsi') nie wie, co go czeka:D Widza czeka za to sporo dobrej zabawy okraszonej cudną stylizacją na lata 80 (wtedy rozgrywa się zasadnicza akcja) - czyli i ze smaczkami z ówczesnego kina (ha, raz Kamal, nie Rajni:D) oraz muzyki (Illayaraja of course!). Niestety z czasem widać też coraz bardziej konsekwencje faktu, iż film jest rozbudowaną wersją krótkometrażówki, znaczy zaczyna się 'ciągnąć' (zwłaszcza od momentu przymusowego pozostania w wiosce. Choć sam finał - nadający nowe znacznie pojęciu hiroła - jest znów czadowy:D). Szkoda, że twórcy uparli się na rozbudowywanie konceptu aż do ponad 2 h, myślę, że półtorej by było w sam raz (i lepsze dla tempa), niemniej i tak wolę trochę rozciągnięty fajny pomysł od rozciągniętych superprodukcji (gdzie głównym pomysłem jest zatrudnienie gwiazd i pokazanie, ile się jest w stanie na film wydać:P)



Obejrzane wcześniej:   Pannaiyarum Padminiyum, Saivam, Thegidi
Czekam na dvd:  Goli Soda, Inam, Jigarthanda, Kaaviya Thalaivan, Kayal


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Muzyczny przegląd 2014 roku w kinie.

Ponieważ przegląd nowości tamilskich mi się przedłuża (doszły dodatkowe tytuły;)) w międzyczasie chciałam się podzielić soundtrackami, które najbardziej mnie w minionym roku urzekły:) (i nie da się ukryć, że w dużej mierze ta lista pokrywa się z moimi ulubionymi filmami 2014 roku:D)

Zacznę chronologicznie od tytułu, który wszedł do kin początkiem 2014 roku, ale był certyfikowany jeszcze w 2013 i dlatego ma już na koncie jakże zasłużonego Nationala dla najlepszego OSTa. Kabir Suman, o czym pisałam już w opinii o Jaatishwar, stworzył bowiem majstersztyk genialnie łączący tradycję i nowoczesność. Zatem próbka klasycyzująca (kaabigaan, czyli utwór tworzony na gorąco w trakcie 'pojedynku śpiewaczego') :


I taka bardziej współczesna melodia:
A tu można sobie przesłuchać całość. (kocham <3)


Drugi OST, który mnie w minionym roku zwalił z nóg to rzecz w całkiem innych klimatach, ale równie niezwykła. Za muzykę (bo chodzi tu nie tylko o piosenki, ale i o background) do Ulidavaru Kandante odpowiada Ajanesh Loknath. Oto zatem próbka bardziej stricte muzyczna (i wymiatający Rishie!)


I próbka wokalna (mój ulubiony kawałek jeśli chodzi o wizualizację: Kishore-zakochana pierdoła<3)

Zastanawiałam się, czy starać się zamieścić coś osobno z każdej kinematografii, bo przy telugach sprawa nie była aż tak oczywista jak w wymienionych wyżej casusach (gdzie są nie tylko że moje ulubione OSTy z Bengalu i Karnataki, ale spokojnie ulubione indyjskie ogólnie), ale w końcu doszłam do wniosku, że muzyka Micky'ego J. Mayera z Chandamama kathalu mi się po seansie jednak też dosyć po głowie plątała ;) (w końcu Micky już w debiucie, czyli HD udowodnił, że potrafi pisać melodyjne przeboje). Obraz w klipie tyczy codziennego życia Hajdarabadu, bo w filmie ta piosenka leci na napisach :)



U Tamili to był bezsprzecznie rok Santosha Narayana. Z kilku fajnych OSTów jego autorstwa moje serce zdobył najbardziej ten do Cuckoo, bo cudownie komponuje się z klimatem filmu (w zasadzie Jigarthandy jeszcze bardzo nie słuchałam, bo i nie widziałam filmu, a rzadko teraz słucham muzyki przedseansowo):



No i coś z Kerali. W sumie kino mallu nie słynie z obfitości piosenek w filmach (zresztą coraz bardziej sobie to cenię, bo wkurza mnie ich nadmierna rola promocyjna gdzie indziej, przez co często są 'wpychane na siłę'), ale Bangalore Days zdobył moje serce także muzycznie. Oto zatem bardzo energetyczny numer 'weselny':


I urzekająca liryczna piosenka, za którą chyba jestem w stanie wybaczyć Gopiemu Sundarowi paskudny plagiat Bryana Adamsa (który także można znaleźć w ścieżce tegoż filmu:P)
(klip jest bez klipu 'właściwego', żeby nie zaspoilerować czegoś tym, co nie widzieli jeszcze filmu - co zresztą polecam jak najszybciej nadrobić:P)

*Kina hindi nie pominęłam ze złośliwości, ale po prostu jeszcze prawie nic stamtąd z zeszłego roku nie oglądałam, a w związku z uwagą wyżej na temat tego, kiedy mi się ostatnio 'rzuca w uszy' muzyka z filmu oznacza to, że nie miało mnie jeszcze specjalnie kiedy cokolwiek muzycznie urzec *

czwartek, 1 stycznia 2015

Filmowy przegląd 2014 roku - kino malajalam

Tegoroczny przegląd na koniec roku rozpoczynam kinem mallu. Bo nazbierały się tego już straszne ilości:P Poza tym to się okazał (w znaczącej większości) świetny materiał do oglądania na święta - znaczy dużo fajnych feel good movies:) (dowodzących, że kino rozrywkowe nie musi być durne:P)


Ohm Shanthi Oshaana
"O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna.."- tymi słowami starej piosenki można by chyba dość trafnie podsumować ten film -  przy czym chodzi nie tylko o fabułę, ale i o ten klimat kina 'w starym stylu' (nie darmo spotkałam się z porównywaniem go z romantycznymi komediami Hrishikesha Mukherjee czy Basu Chatterjee - to podobnie prosta, a ciepła i urocza historia, na jaką trudno trafić w dzisiejszych indyjskich rom-comach).  Oto 16-letnia bohaterka (i narratorka filmu), pod wpływem rozmów z ciotką - przy degustacji domowego wina (:D) - dochodzi do wniosku, że lepiej znaleźć sobie przyszłego kandydata na męża samej, zanim aranżowaniem tego zajmą się  jej rodzice. Nie jest to łatwe, bo wszak trudno znaleźć odpowiednią (godną zauroczenia) osobę, a przekonać ją do siebie jeszcze trudniej, ale przecież nie warto tracić ducha, prawda?  Znaczy owszem: znany schemat, ale przedstawiony świeżo i uroczo, w czym duża zasługa zgrabnego scenariusza (debiutanta) i świetnie dobranej obsady: w końcu zostałam przekonana, że Nazriya słusznie uważana jest jedną z najbardziej obiecujących młodych aktorek południowych i zrozumiałam, że można się naprawdę zauroczyć - dotąd dość mi obojętnym - Nivinem Pauly<3 Całość jak znalazł na ponury zimowy wieczór.

1983
.. czyli - całkiem nieplanowanie - festiwalu Nivina Pauly ciąg dalszy^^ Trochę mnie ten film zaskoczył, bo spodziewałam się czegoś w stylu Chennai 600028, czyli opowieści o krykietowej paczce przyjaciół, tymczasem to była tylko część  - i to mniej ważna - filmu, potem nastąpiła zaś tzw. dorosła  'proza życia' (z momentem, w którym poczułam, że nawet ja tu coś więcej o krykiecie wiem od pewnej Induski^^) i opowieść o wspieraniu dziecięcej pasji, a trochę i realizacji w ten sposób swoich dawnych marzeń (ale nie w wersji toksycznej - choć był moment, gdy to chciałam tatusiowi przyłożyć za zbytnią wywieraną presję:P - tylko raczej ciepło-motywującej). Podobała mi się ta zwyczajna, praktycznie myśląca (traktująca krykiet jako kosztowną, a mało przydatną w życiu fanaberię), ale jednak ostatecznie wspierająca rodzina (wystarczająco skrajni byli trenerzy:P) i ogólny nostalgiczno-pogodny klimat tej opowieści.



Bangalore days
W takich historiach specjalizuje się raczej bolly (od DCH po ZNMD). Nie kojarzę jednak, by w którejś z tych ich opowieści o trójce przyjaciół była to trójca płciowo 'mieszana' (znaczy jednym z tych kumpli była dziewczyna). A to - zwłaszcza dla osoby nieustająco postulującej o więcej istotnych postaci kobiecych w kinie - różnica niebagatelna. No i to trio jest ze sobą też spokrewnione.  A poza tym jest pełen wachlarz wrażeń: sporo humoru (Kalpana jako mamuśka Kuttana wymiata!), trochę wzruszeń i refleksji i dużo świeżości. Jako psychologa najpierw zaskoczył, a potem urzekł mnie też obraz kryzysu małżeńskiego rozwiązywanego dojrzale, ale w ogóle bez niby obowiązkowego w takich sytuacjach rozmawiania (znaczy ze sobą wzajemnie). I piękny portret 'mezaliansowego' związku, gdzie stroną, która miałaby więcej tu potencjalnie 'stracić' (poświęcić) jest wcale nie ta, która by się nam stereotypowo nią wydawała. Utwierdzam się też w przekonaniu, że mój ulubiony filmowy Fahaad to Fahaad-nerd z kołkiem w d... <3 (z całą sympatią dla głównej trójki sądzę, że on miał tu najciekawszą rolę i mam nadzieję, ze pozgarnia nagrody za najlepszą drugoplanówkę. Bo gdy ten irytujący sztywniak się po raz pierwszy w połowie filmu uśmiecha to jakby świat wokół  pojaśniał, no i scena z psem - cudeńko) A najcudowniejsze w Bangalore Days jest to, że po prawie 3-godzinnym seansie myśli się: 'to już, koniec? ja chcę jeszcze raz':)

How Old Are You
Dwa lata temu, po kilkunastoletniej przerwie, do grania w wielkim stylu powróciła Sridevi. W mijającym roku to samo zrobiła Manju Warrier, aktorka, której casus jest o tyle ciekawszy, że nie miała ona za sobą ponad dekady na szczycie jak Sridevi, ale zaledwie 3 lata grania przed ślubem (po którym porzuciła karierę).  Tak krótki czas starczył jej jednak, by zostać na lata w pamięci keralskich fanów, tak by jej powrót stał się od razu naprawdę wielkim wydarzeniem. How Old Are You, podobnie jak English Vinglish, opowiada o mało docenianej kobiecie po 30 (znaczy w terminologii indyjskiej 'ciotce':P), z tym że o ile Shashi nigdy chyba specjalnie nie miała wiele pewności  siebie czy wiary w swoje możliwości, o tyle tu Nirupama je po prostu straciła (albo przygasły? bo ów charakterek wciąż od czasu do czasu przebija) i dopiero splot pewnych wydarzeń -  z prezydentem w tle  - sprawi, iż uda się  te cechy w pełni przywrócić. Bo nigdy nie jest za późno by 'gonić marzenia' i niekoniecznie warto 'spuszczać głowę'. Ci, którym niezbyt podobało się zakończenie EV tu powinni zatem znaleźć bardziej ich satysfakcjonujący finał. Przy okazji brawa też dla Kunchacko Bobana za śmiałe odchodzenie od wizerunku 'idola nastolatek' i tylko Kaniki mam lekki niedosyt (mogłaby dostać cały podobny film).


Munnariyippu

Film, dzięki któremu Mammootty zgarnie pewnie większość nagród za najlepszą rolę męską 2014 roku. Dzięki któremu można sobie przypomnieć, jak świetnym on jest aktorem, gdy da mu się dobrą rolę. Film, który  - wbrew moim obawom - wcale nie jest taki ciężki i nieprzystępny (gatunkowo to bardziej kino suspensu, niż jakiś czysty dramat), ale po prostu nie podaje widzowi wszystkiego 'na tacy'.  I nie daje łatwych odpowiedzi (hmm... prawdę mówiąc w zasadzie prawie w ogóle ich nie daje^^ - stąd nawet część Keralczyków uznała jego zakończenie za do luftu:P), ale inspiruje do własnej próby ich poszukania. Film, który początkowo może kojarzyć się z Nirakkottu (bohater skazany za coś, czego - jak twierdzi - nie zrobił + dociekliwa dziennikarka), potem ciut z Kaiyoppu, żeby ostatecznie tym bardziej widza zaskoczyć;) Film precyzyjnie skonstruowany i zagrany. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że na kolejny film Venu nie trzeba będzie czekać znów  kilkanaście lat (taki Shaji Karun to przy nim strasznie płodny reżyser:P)

 Balyakalasakhi  
Znów Mamut, tym razem w adaptacji słynnej epickiej powieści Basheera (taka jakby lokalna wersja historii Lalji i Mandżu^^) Co najbardziej fascynuje w tej kostiumowej historii to - poza podwójną rolą Mammootty'ego jako ojca i syna - klimat epoki (czasy przed-niepodległościowe i w tle dużo ciekawych rzeczy obyczajowo-historycznych) oraz drugi plan (Seema Biswas!<3 I czy ona nie mówiła swoim głosem?) Rozczarowuje przede wszystkim pomysł na romantyczne sparowanie Mamuta z (kojarzącą mi się nieustająco z Katriną Kaif:P) Ishą Talwar. Serio, że ona ma być jego rówieśniczką? (a Meena matką?:O) Nawet jeśli sporo ich wspólnych dorosłych scen odbywało się na zasadzie wyobrażeniowej (on, przebywając w odległej Kalkucie, widzi ją taką, jaką zapamiętał przed wyjazdem) to i tak mnie to raziło. Ciekawa jestem starszej, kręconej z aktywnym udziałem autora, adaptacji tej powieści (z Premem Nazirem i Sheelą w rolach głównych).


Sapthamashree Thaskaraha
Bollywood miało w ubiegłym roku Happy New Year, molly ten heist movie (ktoś ma pomysł na dobre polskie tłumaczenie? bardziej w stylu przekrętu, niż po prostu 'złodziejskiego kina'?). Który zapewne nie posiada tylu wypasionych atrakcji, ale za to ma chyba zdecydowanie więcej sensu:P Urzekła mnie już sama 'konfesjonałowa' klamra narracyjna, bowiem bohaterów i przebieg wydarzeń poznajemy dzięki.. spowiadającemu się jednemu z tytułowych siedmiu złodziei (uwielbiam chrześcijańskie motywy w keralskich filmach. No i jeszcze - smaczek dla obeznanych - kto siedzi w konfesjonale:D) Cudny jest prolog i epilog:) Jeśli chodzi o resztę to niekoniecznie mi  wszystko z tej specyficznej stylistyki gatunkowej i humoru 'podpasowało', ale ogólnie bawiłam się nieźle (scena z siorbaniem w szerszym kontekście jest jeszcze zabawniejsza, no i jaki piękny twist - i cameo - na końcu!). Podobało mi się poza tym, że bardziej znane gwiazdy filmu (Asif Ali jako największy zakapior w więźniu!) nie zdominowały specjalnie tych nieznanych twarzy (powiedziałabym nawet, że ci drudzy miewali lepsze sceny i teksty). Molly film roku to nie jest (poprzedni film reżysera do takiego miana zdecydowanie mógł pretendować), ale całkiem sympatyczna rozrywka owszem:)


Obejrzane wcześniej:   Swapaanam
Czekam na dvd:   Perariyathavar, Njan Steve Lopez, Iyobinte Pustakam

Ps. Tak na koniec chciałam jeszcze na coś zwrócić uwagę: znakomitą większość tych filmów zrobili młodzi (stażem) reżyserzy: w 2 przypadkach (OSO i 1983) to debiuty, w trzech - drugie filmy (no chyba, że Anjali Menon liczyć też segment w Kerala Cafe to wtedy jej trzeci^^) i tylko Roshan Andrrews jest tu prawdziwym 'wygą'. To naprawdę dobrze wróży kinu mallu na najbliższe lata :)
 

piątek, 19 grudnia 2014

Twardzi trenerzy, deglamurowe dziewczyny i reszta wyczekiwanych :)

Piątek, więc pewnie powinnam raczej zajmować się bieżącymi premierami, ale chyba nawet nie chce mi się szczególnie komentować entuzjastycznych recenzji PK (i tak mnie ten film odstrasza, podobnie jak poprzedni owego aktorsko-reżyserskiego tandemu:P) ani przyzwoitych nowego filmu Mysskina (przy całej sympatii i wierze w reżysera i producenta kino 'paranormalne' to raczej nie 'moja bajka') i wolę zająć się obiecującymi zapowiedziami, których się ostatnio trochę nazbierało.


Tak, niejednokrotnie pisałam, że nie jestem wielką fanką filmów sportowych. Ale filmy o trenerach to trochę inna bajka, nie?^^ Przynajmniej jeśli tym trenerem jest Prosenjit, a film reżyseruje Parambrata;D Zatem, choć nie lubię futbolu, czekam na Lorai jako na film o charakternym trenerze po przejściach :)


Debiut tego reżysera też był na liście moich wyczekiwanych, niestety do dziś nie udało mi się zobaczyć Onamalu (zbyt przemknął i zniknął:() Mam nadzieję, że z Malli Malli Idi Raani Roju będzie inaczej. Bo biegający (tak, naprawdę dużo tego sportu w tym zestawie wyczekiwanych:D) Sharwanand i Nithya w czadorze bardzo mi się podobają :)


Najnowszy film Prabhu Solomona zapowiada się w pewnym sensie podobnie jak poprzednie: znów przepiękne tamilskie krajobrazy i sielskość, która okaże się zwodnicza. Mynaa była wielkim przełomem dla Amali Paul, w Kumki udanie (choć na razie sama ocenić tego nie mogę) zadebiutował Vikram Prabhu (wnuk Sivajiego), ciekawe czy Kayal też okaże się dla kogoś z młodych debiutantów równie ważnym filmem.


A skoro już jesteśmy przy Amali Paul.... Mili to jej pierwszy film po ślubie. Od czasu Myny czekałam, aż znów zobaczę tę piękną dziewczynę tak pobrzydzoną:D Bo pamiętam, jak po tamtym filmie nie mogłam uwierzyć, że ona mogła zaczynać jako modelka (dopiero kupa znalezionych inszych zdjęć mnie przekonała, że może jednak..;))


Były zwiastuny bengalskie, telugu, tamilskie i mallu, pora zatem na coś hindi (żeby nie było, że dyskryminuję najpopularniejszą indyjską kinematografię:P). Beyor Nambiar zadebiutował interesującym Shaitanem, potem był słabszy David, a gdy zaczęły się pojawiać pogłoski o różnych remakach południowców, które miałby robić prawie już go spisałam na straty:P Wygląda, że niesłusznie, bo szachowy Big na wózku robi wrażenie:) Zatem czekam na Wazira.


Zaczęłam trenerem sportowym i takimż trenerem kończę:P Zmieniam jednak język i dyscyplinę:D  Do roli  w Irudhi Suttru Madhavan wyrobił sobie megamięśniory, na szczęście nie wygląda, żeby to było najważniejsze:) A twardy, wkurzony, zarośnięty Maddy to w pewnością coś, na co warto czekać:)

piątek, 12 grudnia 2014

Piraci i kołboje, czyli przygodowe klasyki tamilskie: 'Aayirathil Oruvan' (1965) & 'Jakkamma' (1972)

Mimo, że listopad się już skończył, filmowe zaduszki trwają u mnie w najlepsze (powiedziałabym, że dopiero się naprawdę 'rozkręcam'^^) Dziś więc o dwóch starszych przygodowych tamilach. Czyli bardzo rozrywkowo :)

Gdy początkiem mijającego roku odrestaurowana wersja Aayirathil Oruvan trafiła ponownie do tamilskich kin odniosła bezprecedensowy sukces utrzymując się na ćennajskich ekranach całe 175 dni (czyli prawie pół roku!) - wynik, o jakim  marzyłoby dziś pewnie wiele nowych superprodukcji. Po seansie wcale mnie to dziwi - sama bym chętnie poszła, gdybym miała możliwość. Bo to świetnie zrealizowane - może dlatego, że przez dobrego reżysera (notabene znanego mi już z bardziej poważnego repertuaru typu biografii 'Tamila od statków') kino rozrywkowe. Inspirowane klasycznymi amerykańskimi filmami 'o piratach':) Przy tym bardzo dobrze (nie nachalnie 'łopatologicznie') wpisujące się w 'mass-społecznikowskie' emploi MGRa (wykorzystane później z takim sukcesem w jego karierze politycznej).  Gra on tu bowiem lekarza z powołania, takiego, który to zawsze jest gotów spieszyć innym z pomocą (i przedkłada tę 'służbę' nad tytuły i zaszczyty). Właśnie ta cecha  wpędza bohatera w kłopoty: pomaga bowiem rebeliantom walczącym przeciwko władzy pewnego dyktatora i w związku z tym zostaje (ze swym wiernym, granym przez Nagesha, druhem) przez ludzi tegoż władcy aresztowany  i sprzedany w niewolę królowi sąsiedniej wyspy (a dokładnie Wysp Dziewiczych:D).  Nie traci jednak ducha, co więcej poprowadzi walkę niewolników o swe prawa.  W międzyczasie - a jakże - zdobywając serce pięknej księżniczki (w tej roli obecna pani premier TN, Jayalalita). Dalej oczywiście też sporo się dzieje (i tak, pojawiają się też wspominani przez mnie piraci:D), a wszystko okraszone jest świetną muzyką (kiedyś to potrafiono pisać chwytliwe piosenki!) i całkiem przyswajalnym humorem  (ośmielę się nawet stwierdzić, iż wolę duet MGRa z Nageshem niż z Jayalalitą - choć chorobowe symulacje dokonywane przez owąż pannę, by ściągnąć do pałacu niewolnika-lekarza, który ewidentnie wpadł jej w oko, były naprawdę zabawne:D) Sukces filmu wyciągnął reżysera z długów (po owych poważniejszych historycznych superprodukcjach) i wykreował MGRa i młodziutką wówczas Jayalalitę na jedną z najbardziej ikonicznych par kina tamilskiego (zagrali później wspólnie w prawie 30 filmach).
Jako próbkę muzyczną pozwolę sobie natomiast zamieścić kultową piosenkę 'o wolności', która poznałam dzięki jej niedawnemu - bardzo udanemu (to mój sztandarowy przykład na to, że można zrobić świetny remiks starego utworu - po prostu trzeba to zrobić z troską o oryginał, niestety współcześni 'poprawiacze' zwykle to 'olewają':/.) remiksowi. Gdyby powstała indyjska wersja Gremlinów to w scenie w kinie 'potworki' powinny się gibać właśnie do tego:D

Drugi film jest ciut poważniejszy (nie znaczy to jednak, że pozbawiony i lekkości). Tytułową bohaterką Jakkammy jest kobieta (w tej roli Savitri), która na grobie męża - zamordowanego podczas próby obrony wsi przed najazdem okolicznego bandyty - poprzysięga nie spocząć, póki nie dokona zemsty. W duchu waleczności i pamięci o dzielnym ojcu wychowuje też dwójkę dzieci.
Nastawiałam się więc na dużą dawkę women power (powiedzmy mix Mother India  z Pratigathaną?^^), niestety owej bohaterki w praktyce nie ma na ekranie tak wiele (dość szybko zostaje pojmana przez bandziorów, okaleczona i uwięziona w lochu) i w zasadzie chyba w jej oczach bardziej widać jednak cierpienie niż błysk zemsty.  Z kobiecego kina rewanżowego więc ostatecznie wychodzi niewiele, za to wkraczamy w klimaty kina westernowego. W okolicy pojawia się bowiem 'przybysz znikąd' (w tej roli pierwszy kołboj TN, czyli Jaishankar) i dwójka rezolutnych synów Jakkammy postanawia go wynająć do rozprawy z bandą zuych i uwolnienia matki (zresztą te 'negocjacje warunków pomocy' to cudowna scena:D) Nie jest zapewne wielką zagadką, jak to się wszystko skończy - nie w tym bowiem rzecz w tej stylistyce;) (choć jeśli ktoś liczy na związek wdowy i kołboja to się zawiedzie:P) Bawiłam się naprawdę całkiem nieźle (choć mniej niż na AO, bo tu jednak pewne fragmenty mi się trochę dłużyły), a najbardziej urzekły mnie chłopaki, nonszalancja Jaishankarowego bohatera (muszę znaleźć jeszcze coś jego kołbojskiego) i większość piosenek. Warto  w tym momencie bowiem wspomnieć, że w filmie nie ma żadnych romantycznych duetów - w pierwszej części dominują śpiewane przez bohaterkę czy mieszkańców wsi poważniejsze pieśni 'zaangażowane', w drugiej mamy raczej lżejsze, skoczne i 'prozachodnie' w klimacie numery 'knajpiano-obozowe'. Przy jednym kawałku zresztą mi prawie oczy z wrażenia nie wyskoczyły, ale ponieważ to w zasadzie nie była piosenka tylko mix, więc osobno na tubce jej nie ma. Zatem poprzestanę na pieśni ku czci Jakkammy (bo lubię takie numery)

Lubię cały czas odkrywać nowe przykłady na poparcie mojej nieustającej tezy, że w kinie indyjskim można znaleźć naprawdę  wszystko ;)

sobota, 6 grudnia 2014

Okołopremierowo: remake, który nie jest remakiem i po co pisać listy do Modiego

Wracam do nie pozbawionego złośliwości przeglądu bieżących indyjskich premier :P

W tym tygodniu najwięcej radochy dostarczyły recenzje nowego dzieua Prabhu Devy Action Jackson. Raja Sen w Rediffie wspiął się na szczyt ironii dając filmowi aż 3 gwiazdki  (co okazało się paradoksalnie rekordem w ogóle - zasadniczo oceny dla filmu oscylowały w granicach 0.5-2:P) z uzasadnieniem, że jest tak durny, że aż fascynujący (i nadaje się do drinking game) oraz nadając opinii tytuł Action Jackson is a milestone in feminist cinema^^ Bo inni pisali prosto z mostu, że film będzie mocnym konkurentem Humsakalas w wyścigu po 'bananowce':P  Nie zgadzam się tylko z tezą, że Prabhu Deva powinien se wrócić na południe trzaskać takie gupie filmy, bo primo ma na koncie chyba więcej sensownych filmów na południu (NN, Pournami) niż na północy, a secundo - skoro już robi coraz większe gnioty to niech się w bolly wyżywa - dlaczego to niby południu się ma należeć wszelka gupota :P 
A skoro już jesteśmy przy południu to fani tamtejszych hirołow znajdą w AJ - znaczy jak się odważą to 'cudo' obejrzeć:P - niespodziewane smakowite cameo (nie będę podła i nie zdradzę czyje:D)
Utwierdziłam się też w potrailerowym przekonaniu, że film na pewno absolutnie nie przypomina Dookudu  i tym bardziej nie ogarniam, skąd te wieści, że to jego remake (i czemu miało to służyć?). Bo sori, jakkolwiek nieciekawe było Dookudu to na pewno nie o tym, że (za Hungamą):
Vishy is at the target point of many goons who follow him left, right and centre to bump him off. As if this wasn't enough, there comes Khushi who 'experiences good luck' in succession after seeing Vishy 'family jewels' [!!już widzę Mahesha pokazującego coś takiego *rotfl*]. With this, Vishy adds one more 'stalker' to his list! It's only towards the interval that the audiences get to know that Vishy has a doppelganger by the name of 'AJ', who by profession is a killer. And then it becomes clear that the goons actually mistook Vishy to be AJ and hence followed him everywhere. And when AJ and Vishy meet, the former explains the reason to the latter and his friend  that since he refused to marry the dreaded goon and mafia kingpin Xavier's highly obsessed sister Marina, the goons are out to kill him and the love of his life Anusha. Tracking down AJ in India, Xavier sends his henchmen to India to kill AJ, which is when AJ devises a plot with the help of Vishy to destroy Xavier and his crazy sister Marina and protect his wife and new born baby.   (tak, wiem, to faktycznie wygląda jak wymyślone przez kogoś na halucynogenach:P)
Na szczęście do kin trafiło też coś bardziej sensownego, mianowicie Sulemani Keeda, czyli komedia 'próżniacza' o dwóch aspirujących scenarzystach, która to wygląda na fajnie zakręconą ('kupiło' mnie porównanie przez jednego z recenzentów jej klimatu do Chasme Buddor - mam na myśli oczywiście niezapomniany oryginał z lat 80, a nie zeszłoroczną kiepską przeróbkę) oraz -  wreszcie, bo po 4 latach 'półkowania' - Bhopal. A Prayer For Rain.  Notabene, interesującym zbiegiem okoliczności Amnesty International w ramach tegorocznego maratonu pisania listów proponuje m.in wysłanie listu do Modiego  właśnie w tej sprawie, znaczy oczyszczenia terenu dawnej fabryki i pociągnięcia wreszcie winnych tej tragedii sprzed 30 lat do odpowiedzialności.  Jedyna bardzo pozytywna rzecz w tej sprawie, że to dwie kobiety (ach, ta siła kobiet!) - które same, jak i ich rodziny, ucierpiały w wyniku owego fatalnego wycieku - są głównymi lokalnymi 'bojowniczkami o sprawę':


To na północy. U Telugów do kin weszły dwie 'młodzieńcze love stories', które recenzje mają nie za ciekawe (sztampa znaczy się szykuje), ale stanowią dobitną ilustrację tego, jak do tamtejszego kina wchodzi kolejne, pewnie totalnie nie znane polskim - zatrzymanym na etapie Mahesha czy Prabhasa -  fanom, pokolenie aktorów (w sensie nie klanowych 'następców':P) A to zawsze ciekawa sprawa, że 'wchodzi młodość', bo w końcu pantha rhei, zresztą o ile Sumanth Ashwin ani mnie grzeje, to Naga Shouryę uważam za obiecującego młodziana (vide moja ostatnia notka o telugowych nowościach)
W Kerali z kolei mamy trzy małe premiery -  recenzji których jeszcze żadnych nie widać.