wtorek, 27 września 2016

Alexander White - 'Be a Mensch: holocaust memoirs'


Raczej omijam kolejne holocaustowe historie, czy to w postaci książkowych wspomnień, czy fabularyzowanych ekranizacji. Nie dlatego, iż uważam, że nie należy o tym pamiętać, ale dlatego, że i bez  kolejnych 'przypominań' pamiętam aż chyba za dobrze. Nic mnie bowiem tak nie przeraża - i nie zostaje potem w mojej głowie - jak akty upodlania, odczłowieczania drugiego człowieka, a takie to są zwykle historie... Zrobiłam wyjątek dla wspomnień Aleksandra White'a (a w zasadzie Białegowłosa, bo tak brzmi jego pierwotne, polskie nazwisko), bo mam do nich podwójnie osobisty stosunek. Po pierwsze autor pochodzi z Krosna i dał mi niezwykłą okazje poznania bliżej przed- i okołowojennej historii mojego miasta, po drugie miałam już okazję słuchać jego wspomnień i osobiście i tym bardziej zafascynowała mnie postać tego niezwykłego człowieka. 
Autor opowiada w Krośnie o Krośnie :) *
Po raz pierwszy dowiedziałam się o jego istnieniu kilka lat temu, z lokalnego portalu. Pan Alexander skontaktował się ze stowarzyszeniem odnawiającym żydowski cmentarz w Krośnie. Jego historia od początku brzmiała niezwykle. 'Najstarszy żyjący krośnieński Żyd' spędził w Krośnie dzieciństwo i większość wojny (najpierw szklił budynki dla Niemców, potem pracował dla Luftwaffe na lokalnym lotnisku), później zaś trafił do obozu w Płaszowie, skąd ocalał dzięki obecności na 'liście Schindlera' (czego przez wiele lat nie był zresztą świadomy!), a po wojnie skończył medycynę i osiedlił się w USA. Po prostu gotowy materiał na film. Potem okazało się, iż pan Alexander przyjeżdża do Polski i do Krosna. Jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, iż informacje o otwartym 'spacerze po krośnieńskiej starówce z panem Alexandrem' facebook wyświetlił mi już po terminie :(  Mój żal podsyciły tylko relacje, z których wynikało jak frapującym rozmówcą okazał się znamienity gość, który nie tylko że - mimo kilkudziesięciu lat poza krajem - wciąż świetnie mówi po polsku, ale i znakomicie pamięta każdy szczegół tyczący wyglądu przedwojennej krośnieńskiej starówki. Taka okazja przepadła, a przecież trudno się spodziewać, iż 90-latek będzie jeździł przez pół świata co roku. Na szczęście powrót w rodzinne strony okazał się dla niego tak ważny, że nie poprzestał na jednej wizycie. Kilka miesięcy temu mogłam zatem posłuchać go osobiście - spacerując z nim wokół krośnieńskiego rynku. Wciąż miałam jednak niedosyt i stąd bardzo chciałam przeczytać i jego spisane i wydane w USA wspomnienia (za których to użyczenie bardzo dziękuję, bo wcale nie jest łatwo zdobyć tę książkę!) Anglojęzyczną książkę z krośnieńskimi podcieniami na okładce :)
Tytułowe 'Be a Mensch' to ostatnie słowa ojca bohatera, skierowane do Alexandra tuż po selekcji w Płaszowie, gdy to panowie (ostatni jeszcze żyjący z rodziny) zostali ostatecznie rozdzieleni (ojciec, jako niezdolny do dalszej ciężkiej pracy został skierowany do komory gazowej).  Jak tłumaczy autor w przedmowie, w odróżnieniu od niemieckiego znaczenia tego słowa (po prostu 'człowiek'), w jidysz 'mensch' to 'człowiek dobry, życzliwy innym, uczciwy, tolerancyjny' - najkrócej mówiąc po prostu 'porządny'. To przesłanie ojca towarzyszyło Alexandrowi przez całe dalsze życie. 'Być porządnym człowiekiem' - tylko tyle i aż tyle. Przesłanie niełatwe do realizacji nawet w dzisiejszej, nie tak wszak ekstremalnej rzeczywistości. A Alexander, w momencie wybuchu wojny jeszcze nastolatek, nie miał zdecydowanie zadatków na kolejnego Kolbego. On chciał żyć i - co powtarza niejednokrotnie na łamach książki - miał głębokie przekonanie, iż wojnę przeżyje.  Kilkukrotnie wspomina zresztą - szczerość godna pochwały - o sytuacjach, gdy zrobił coś, czego się później wstydził. A jednak jak myślę, zrealizował to niełatwe przesłanie ojca (o czym świadczyć może choćby końcowe przesłanie autora do czytelnika).
Niezbyt obszerna książka (łącznie z licznymi archiwalnymi fotografiami liczy niecałe 200 stron) jest podzielona na cztery rozdziały opowiadające kolejno o: dzieciństwie w Krośnie, zapowiedziach nadciągającej katastrofy, wojennych losach bohatera, wreszcie powojennym losom (do wyjazdu do USA).  I muszę tu szczerze przyznać, iż przy pierwszej części miałam zdecydowany niedosyt. Tak, zdaję sobie sprawę, iż książka napisana została z myślą o amerykańskim odbiorcy, dla którego Krosno jest jakimś tam abstrakcyjnym miasteczkiem na drugim końcu świata (i któremu trzeba tłumaczyć sytuację w Niemczech w latach 30-tych i okoliczności dojścia Hitlera do władzy), ale - wspominając te detale codziennego życia miasta, które słyszałam od pana Alexandra osobiście -  żal mi po prostu było, iż nie zostały one uwiecznione też na piśmie (może polska wersja książki, która jak wiem jest w tej chwili tłumaczona, powinna jednak zostać trochę zmodyfikowana pod tym, 'lokalnym' kątem), bo przecież w takiej formie mają szansę przetrwać dłużej (marzy mi się stworzenie mapy/planu krośnieńskiej starówki przed wojną, bo ile mi zajęło dojście, gdzie to konkretnie mogła znajdować się np. krośnieńska, zburzona zaraz po wojnie, synagoga to tylko ja wiem). Dobrze natomiast, iż dużo autor pisze o krośnieńskim getcie (o istnieniu którego - malutkiego i tylko przez kilka miesięcy, ale jednak...- dowiedziałam się dopiero od niego, a tablica pamiątkowa wmurowana w międzyczasie na Franciszkańskiej jest tak niepozorna, iż nikt 'niewtajemniczony' raczej nie ma szansy jej dostrzec:P). Ogólnie w większości nie jest to 'miła' lektura (jak to wspomnienia takich strasznych czasów, gdy ludzie przestawali być ludźmi), brak jej też chyba w formie spisanej trochę tej swady, 'potoczystości', którą charakteryzuje się bezpośrednio słyszana z ust pana Alexandra opowieść o losach jego i jego rodziny (być może to i kwestia języka, bo zawsze słyszałam go po polsku, a książka wszak napisana jest po angielsku), ale - jako że nie każdy ma i będzie miał okazję posłuchać go osobiście - warto sięgnąć i po te wspomnienia. Zwłaszcza, jeśli dla kogoś Krosno jest równie bliskim sercu miejscem na ziemi :) 
I nadal jestem zdania, że to byłby fascynujący materiał na film.


Fragmenty książki  do poczytania.   Powyżej także próbka opowieści bohatera.

*Zdjęcie zapożyczone z facebookowego wydarzenia w związku z wizytą pana Alexandra w Krośnie.

niedziela, 18 września 2016

Ankur (1974) - Shabana ze Shyamem Benegalem tworzą podwaliny indyjskiego kina parallel

Urodziny Shabany to dobry moment na przeniesienie na blog notki o jej wybitnym debiucie.
Debiutancki film 'ojca' kina parallel, Shyama Benegala, którego to sukces spowodował potem całą falę podobnych filmów w kinie hindi to jednocześnie wyjątkowy debiut Shabany.

Andhra Pradeś, lata 50. Należąca do niskiej kasty wieśniaczka Lakshmi z trudnością wiąże koniec z końcem. Głuchoniemy mąż niespecjalnie jej w tym pomaga. Nie dlatego, żeby był leniwy, ale po prostu lubi popijać. Upragnionego przez dziewczynę dziecka też nie jest jej w stanie dać. Tymczasem do domostwa obok przyjeżdża Surya - młody syn okolicznego dziedzica, który ma doglądać włości. Lakshmi zaczyna przychodzić mu usługiwać. Co z tego wyniknie? Nic dobrego oczywiście.

To nie jest łatwy i 'miły' film. Pokazuje 'samo życie', w bardzo realistyczny sposób i wymaga jednak pewnego wysiłku w odbiorze. Brak też jakichkolwiek komercyjnych 'wabików'. Za to porusza sporo kwestii społecznych, choćby problem kast i ogólnie rozwarstwienia społecznego oraz wyzysku biednych przez bogatych, temat cudzołóstwa, sytuacji kobiet w związku małżeńskim i społeczeństwie, w mniejszym może stopniu aranżowanych małżeństw czy alkoholizmu. W każdym razie moim zdaniem ów seansowy 'wysiłek' ostatecznie zdecydowanie się opłaca, bo dostaje się naprawdę dobre kino, o 'czymś', świetnie nakręcone (oddające autentyczną atmosferę prowincji, bez żadnych 'koloryzacji') i bardzo dobrze zagrane. Ogólnie, choć niewątpliwie na plan pierwszy wybija się tu jednak młodziutka Shabana. Trudno uwierzyć, że nie była pierwszą kandydatką do tej roli (Benegal proponował ją wcześniej m.in. Waheedzie Rehman czy Sharadzie, a Shabana wydawała mu się zbyt 'miejska' do tej roli), jeszcze trudniej, że to jej debiut. Bo stworzyła naprawdę dojrzałą kreację aktorską. Nagrodzoną zresztą bardzo słusznie National Award dla najlepszej aktorki.
Nationala otrzymali także odtwórca głównej roli męskiej Sadhu Meher i sam film. Ankur był również wyświetlany na wielu festiwalach zagranicznych na całym świecie (i m.in. nominowany do nagrody Złotego Niedźwiedzia na festiwalu berlińskim). Stał się też indyjskim kandydatem do Oscara.

I jeszcze ciekawostka językowa (z myślą o potencjalnych marudach, że 'nagle' w AP wszyscy mówią w hindi): otóż bohaterowie filmu używają dialektu dakhani, który jest specyficzną, południową mieszanką hindi-urdu, używaną właśnie głównie w rejonie Hajdarabadu

Dla zainteresowanych kinem parallel z wymienionych powyżej względów jest to chyba pozycja obowiązkowa. Ale polecam i fanom ogólnie dobrego kina.

środa, 31 sierpnia 2016

Czekam na... powakacyjne premiery :)


Wakacyjne nadrabianie pisania o filmach mi coś nie idzie, ale to nie przeszkadza w nieustającym oczekiwaniu na wciąż nowe produkcje :P Oto zatem najświeższa porcja ciekawych zwiastunów.



Absolutny wyczekiwany top. Srijit Mukherjii, jeden z najciekawszych reżyserów bengalskich, bierze na tapetę Szekspira! A w zasadzie Szekspiry, bo chce połączyć dwie jego tragedie. Przenosząc je z Rzymu do współczesnych Indii. Do tej ekranizacji Juliusza Cezara i Antoniusza zaprosił cały aktualny bengalski aktorski top (o panach mowa- żeński multistarrer już robił:P) Za Juliusza robi oczywiście Prosenjit (z fantazyjną bródką^^) Do tego kultowy już cytat z trailera: 'Beware of Eid!' (absolutnie genialna trawestacja 'beware of Ides') i czekam z wywieszonym językiem :P


Big B. znów u Sircara. Choć tym razem Shoojit tylko 'prezentuje' ten thriller sądowy. Big w świetnej formie i to wystarczy :)


Sporo filmów w mym zestawieniu znalazło się głównie ze sprawą reżyserów.  Mam tak już od jakiegoś czasu przy kinie indyjskim i to chyba dobrze, bo jednak to osoba za kamerą najbardziej decyduje o ostatecznym kształcie filmu, nie jego gwiazdy (a przynajmniej tak normalnie powinno być). Jo Achyutananda to drugi - po uroczym i zabawnym 'Oohalu Gusagusalade'  film Srinivasa Avasarali. Też komedia romantyczna, choć chyba z twistem. Facetów znów jest dwóch (tym razem braci), a ona jedna. Liczę na podobnego banana przy oglądaniu (i podobnie błyskotliwe dialogi, co częste w kinie telugu nie jest :)


Znów klucz reżyserski. Drugi film reżysera 'Kaaka Muttai' to zupełnie inne klimaty. Tym razem będzie bowiem mroczny thriller. Znów jednak zapowiada się realistycznie i niebanalnie.


Nie uwierzyłabym, że będę czekać na nowy film Mohanlala z Priyadarshanem a jednak! Mam nadzieję, że Oppam przypomni, jaki to był świetny aktorko-reżyserski duet. Bo zwiastun jest bardzo obiecujący (a Mohanlal już ma miejsce w kolejnym aneksie do mojego przeglądu niepełnosprawnych bohaterów:P)


Prithvi znów u Jeethu Josepha. Oczekiwania wobec reżysera zdecydowanie wzrosły po  'Drishyam', a wcześniej było właśnie ich wspólne 'Memories'. Mam nadzieję, że druga współpraca będzie jeszcze lepsza.


Znów 'syndrom drugiego filmu'. To bowiem nowy projekt reżysera 'Om Shanti Oshana'. Tym razem bohaterkami będzie - jak widać już po samym tytule - zdecydowanie starsza generacja. Do roli dwóch charakternych tytułowych babć Jude Anthony Joseph zatrudnił natomiast.. dwie debiutantki! To się nazywa eksperyment :D

I mam tylko nadzieję, że do czasu możliwości obejrzenia tych tytułów będę miała znów czas i chęci, żeby o nich napisać.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Moondru Mudichu (1976) - Rajini antybohaterem



Nie jestem fanką kina Balaćandera. Owszem, doceniam jego wkład w kino tamilskie i tworzone przez niego postaci kobiece, ale to wciąż nie jest 'moje kino'.  Jednak nie da się omijać filmów zmarłego niedawno reżysera, nie tylko ze względu na jego znaczenie w historii kollywoodu, ale także dlatego, że uważany on jest za artystycznego 'ojca' zarówno Kamala jak i Rajniego, co oznacza, iż nie da się poznać początków kariery obu gigantów kina tamilskiego bez zetknięcia się z filmami Balaćandera.  Dlatego też, gdy nie mogąc obejrzeć najnowszego filmu Rajniego, postanowiłam sięgnąć po raz kolejny po coś z jego wczesnych ról - tych z lat 70-tych, gdy to nie był jeszcze superstarem, tylko po prostu charyzmatycznym, obiecującym młodym aktorem - okazało się, iż trafiłam znów na film Balaćandera:D Z klasycznym w owych latach obsadowym zestawem: Kamal, Rajini, Sridevi. Także typowo Kamal gra tego dobrego, zaś Rajni tego gorszego (bo nie powiedziałabym, że po prostu złego - to bardziej skomplikowane i zajmę się tym ciut później). Jest jednak i niespodzianka: to Rajni jest tu głównym bohaterem. A w zasadzie głównym antybohaterem, bo raczej tak należałoby zaklasyfikować graną przez niego postać. I to jest pierwsze miłe zaskoczenie. Kolejnym jest fakt, iż naprawdę angażuję się w film emocjonalnie. Początek jest lżejszy, choć od razu wiadomo, iż jeśli ich jest dwóch (i są przyjaciółmi), a ona jest jedna to pewnie wyniknie z tego i jakiś dramat. Zwłaszcza iż ten drugi od początku nie bardzo wygląda na aż tak szlachetnego, by po prostu cieszyć się szczęściem kumpla. Zresztą to byłoby naprawdę nudne, gdybyśmy dostali w jednym filmie dwa chodzące ideały (jakiego gra tu - zwyczajowo:P- Kamal). 
Rajiniowy bohater jest znacznie bardziej 'ludzki': daleki od doskonałości, targany sprzecznymi emocjami, walczący ze sobą (i przegrywający). Niebezpiecznie fascynujący.  Dużo w tym filmie pali, ale nie ma w tym nic z późniejszej słynnej gwiazdorskiej maniery - to po prostu pomaga w charakteryzacji bohatera, bo świetnie ilustruje jego nonszalancję maskującą wewnętrzne napięcie. Może dlatego nie bardzo podobało mi się wprowadzenie spersonifikowanego sumienia bohatera (i jeszcze rozmów z nim) - to już było chyba niepotrzebnie zbyt dosłowne. Podobnie mieszane uczucia miałam przy 'kukiełkowej' alegorii samobójstwa. Zastanawiając się, czy Balaćander zapożyczył ją od Vishwanatha. Internetowe źródła twierdzą bowiem, iż Moondru Muduchu to remake Vishwanthowego O Seetha Katha. Niestety nie mam (na razie I hope) możliwości osobistego zweryfikowania, ile w tym prawdy, znaczy na ile tamilski reżyser po prostu wykorzystał telugowy pomysł, a ile w nim autorsko zmienił. A mogłoby być to naprawdę ciekawe porównanie. O ile bowiem może to z telugowego oryginału wynika fakt, iż świat przedstawiony przez Balaćandera okazał się bliższy mi niż zazwyczaj, o tyle niewątpliwie już z samego streszczenia filmu Vishwantha wynika, iż Balaćander miał dużo ciekawszy pomysł na postać negatywnego bohatera. Który w jego wersji nie czyni prostego, 'banalnego' zła. Jego kluczową winę można by bowiem nazwać nie tyle nie złem 'aktywnym' co 'grzechem zaniechania'. I jest to mistrzowsko nakręcona scena (zresztą też wyglądająca mi bardziej na autorski pomysł Balaćandera, bo jakoś nijak - przy całym mym uwielbieniu - nie pasuje mi do Vishwantha). Owa słynna scena 'na łódce' rozgrywa się bowiem w całości w trakcie piosenki, która to rozpoczyna się jak zwykły romantyczno-sielankowy numer, by zakończyć się w minorowym nastroju oscylującym wręcz w kierunku moralitetu ('to przeznaczenie'). Na dodatek owa niepokojąca część melodii powraca w fabule i później, stanowiąc świetny sposób nawiązania do wydarzeń owej sceny. Piosenka jest zaś tak chwytliwa, że 'przykleiła' się i do mnie po seansie, żal mi więc bardzo, iż - z w/w powodów - niestety nie mogę jej tu zalinkować. Piosenki są zresztą w ogóle tylko 3.
Jakkolwiek na podstawie mego opisu mogłoby się być może wydawać, iż ów film był najbardziej ważny dla Rajiniego to jednak w praktyce stał się takim przede wszystkim dla 13-letniej wówczas (choć patrząc na nią trudno w to uwierzyć:D) Sridevi, która zagrała tu swoją pierwszą 'dorosłą' rolę. Rolę niełatwą, bowiem jej beztroska na początku bohaterka musi siłą rzeczy szybko dojrzeć i stawić czoła losowi. Sridevi pokazała tę przemianę całkiem nieźle (źródła wspominają tu zwykle kolejną słynną scenę - 'matczyną') i to właśnie ta rola otworzyła jej drogę do kolejnych dorosłych wcieleń (takich jak dwa lata późniejsze 16 Vayathinile z tą sama trójką w rolach głównych).
Żeby zakończyć zaś ciut lżej oto pewna dość perwersyjna scena z filmu^^

Jak wyznać miłość? Zawsze można napisać, co czujesz.. na plecach ukochanego^^

..tylko, że on potem nie będzie w stanie tego sam przeczytać :P

Film do  obejrzenia na kanale Rajshri.    Polecam bardzo :)

czwartek, 14 lipca 2016

Grahanam (2004) - szukając prawdy?

W urodziny Tanikelli Bharaniego, jednego z najwszechstronniejszych artystów (bo zdecydowanie nie tylko aktora) kina telugu,  kolejna 'odgrzewana notka'. Udowadniająca, iż u Telugów można także znaleźć i niebanalne, literackie w rodowodzie filmy :)

Reżyserski debiut Indragantiego (znanego potem z Ashta Chemma, Golcondy... czy AMAT) to adaptacja opowiadania Chalama - jednego z najbardziej kontrowersyjnych pisarzy telugu. Rzecz rozpoczyna się w szpitalu, gdzie pewna starsza kobieta odwiedza jednego z pacjentów, który bardzo gwałtownie reaguje na jej widok (i fakt, iż nazywa go synem). Wieczorem, przy kawie, lekarz z tegoż szpitala, rozmawia o owej sytuacji ze swym przyjacielem i przyznaje, że rozpoznał ową kobietę, po czym opowiada mu historię, która wydarzyła się przed laty w jego rodzinnych stronach. Saradamba, piękna żona lokalnego właściciela ziemskiego, znana jest ze swej dobroci i przychylności względem uboższych. Swą opieką otacza także Kanakayyę, zdolnego nastolatka z biednej rodziny. Pewnego dnia Kanakayya poważnie się rozchorowuje (ma wysoką gorączkę itp). Ponieważ wezwany lekarz zdaje się być bezradny, rodzice chłopaka proszą o pomoc także okolicznego 'znachora'. Który to po badaniu oświadcza, iż jest to doshagunam (tak brzmi właśnie tytuł oryginalnej noweli Chalama) - schorzenie spowodowane seksualnym kontaktem młodego chłopca ze starszą kobietą. Lekarstwem ma być specjalny okład na oczy chorego - sporządzony z krwi z uda owej kobiety, z którą odbył stosunek. Tymczasem Kanakayya w gorączce powtarza imię Saradamby, co kieruje oczywiście podejrzenia w jej stronę....
Chalam był (i chyba nadal jest) tak kontrowersyjny przede wszystkim z powodu swych poglądów w kwestii kobiet (był feministą znaczy), a w związku z tym i małżeństw. I to widać w tej historii, w której to kobieta zdaje się być na z góry straconej pozycji w 'męskim' świecie, zwłaszcza jeśli znajdzie się w cieniu podejrzeń (słusznych czy nie). Bo tak naprawdę liczy się 'prawda', jaka jest 'na rękę' patriarchalnej społeczności. Gdy lekarz spotyka się z przyjacielem ten czyta właśnie Chalama(!) i cytuje mu fragment na temat takiego właśnie 'poszukiwania prawdy' (a w zasadzie tego, co jesteśmy skłonni uznać za prawdę, bo - zdaniem autora - właśnie to przyjmujemy). Cytat ten wraca do nich jeszcze na końcu, w odniesieniu do tej właśnie konkretnej historii. W sumie przez dość długo spodziewałam się, że do końca nie dowiemy się, jak było naprawdę, ale tu akurat chyba chodziło właśnie o to, żeby pokazać jak ta 'prawda' i prawda potrafią się rozmijać...
Film (z wyjątkiem króciutkiego fragmentu) jest czarno-biały i to bardzo dobry zabieg, nadający całej historii dodatkowego klimatu (podkreślanego i muzyką w tle). Aktorów, poza grającym męża Saradamby Tanikellą Bharanim, nie znam i podobali mi się. Notabene, jak wyczytałam po seansie, grająca główną rolę Jayalalita (nie mylić z tamilską Jayalalitą, która od dawna nie gra w filmach tylko politykuje) znana była głównie z ról wampów, co wnosiło pewnie dla Telugów dodatkową niejednoznaczność w postrzeganiu jej postaci - znaczy ciekawy pomysł obsadowy. Indraganti długo zbierał fundusze na ten projekt (jak łatwo się pewnie domyślić potencjalnym producentem pomysł teoretycznie się podobał, ale nie widzieli perspektywy zysków z takiej mało komercyjnej 'inwestycji') i udało się chyba tylko dlatego, że ekipa zrezygnowała ze swych gaży. Grahanam przyniósł mu Nationala i Nandi za najlepszy debiut, ale przez kina (nieliczne) film tylko oczywiście przemknął. Mnie się bardzo podobało i chciałabym częściej u Telugów (i nie tylko) oglądać takie adaptacje rodzimej literatury.

wtorek, 7 czerwca 2016

Niepełnosprawni bohaterowie w kinie indyjskim - aneks


Od czasu, gdy rozpoczęłam mój 'niepełnosprawny' cykl minęło sporo czasu. W międzyczasie kino indyjskie wzbogaciło się o wiele nowych przykładów  bohaterów z różnego rodzaju 'ułomnościami'.
Oto zatem aneks do przeglądu :)

Miłość dwójki niewidomych w tamilskim 'Cuckoo'  (2014)
Niewidoma córka Mamuta z 'Karutha pakshikal' (2006)
Głuchoniemy Ranbir w 'Barfi' (2012)
Głuchoniemy Dhanush w 'Shamitabhie' (2015)
Glucha - ale nie niema!- Nayan w 'Naanum Rowdy Dhaan' (2015)
Autystyczna Priyanka w 'Barfi' (2012)
Autystyczny bohater tamilskiego 'Haridasa' (2013)
Gauri z zespołem Downa (grająca siebie samą) w marackim 'Yellow'  (2014)
Viji z zaburzeniami dwubiegunowymi w tamilskim 'Aarohanam' (2012)
Fahaad z nerwicą natręctw w 'North 24 Kaatam' (2013)
Narkoleptyczny Vishal w 'Naan Siggapu Manithan' (2014)
Karłowaci bohaterowi bengalskiego 'Chotoder Chobi' (2015)
A ostatni przykład przypomniał mi, że lata temu w podobną rolę wcielił się Kamal (czego to on nie zagrał?^^)

Karłowaty Kamal w 'Apoorva Sagodharargal' (1989)



piątek, 13 maja 2016

Calvary (2014) - a tale of sacrifice and forgiving

Tak, wiem, długo nie pisałam. Cóż.. studia:P Ale czasem i one się przydają, bo to dzięki nim mam nową notkę filmową - i to po angielsku^^

 What would you do if someone told you that he was going to kill you in a week? Go and report it to the police, who should find and arrest that person in order to prevent the crime? Or maybe, as seen in many movies, make and try to realise your bucket list - things you have never done and want to experience before death? Father James, the hero of Calvary made by Irish director, John Michael McDonagh, does none of this. Instead of, he chooses to shoulder the symbolic cross of not his faults (he was clearly said he will be killed just for the other priest's wrongdoings) and go with it. Just like Jesus Christ over 2.000 years ago. 
So what father James is doing through the last week of his life are the same things he does usually as his parish's shepherd: he is just trying to help the others to be a decent people. Which seems to be a Sisyphus work, as his parishoners are not really interesting neither in his 'teachings' nor in 'his God'. They may be not exactly happy or satisfied, but still prefer theirs convenient, focussed mostly on their own needs, life to listening of some priest's advices (implementing of which would take some effort from them). So father James seems to be as lonely in his last days as Christ before his crucifiction. And similary he also has his share of doubts in his 'mission'. Still, what makes him even more human and worth of respect, after every fall he stands up and go on. Why? Probably because he has this rare in today's times quality - a true vocation. And it really helps he is played (brillantly indeed) by Brendan Gleeson, whose look makes us almost instantly sympathise with him. Yes, father James really believes in God and want to see the goodness in the people. Not that he is so naive to trust in all people are declaring to him. Nor he will accept any money given for 'the Church' if he feels that motives behind this decision are not sincere and no real repetence is present. So he has also some demands and probably this makes his work so frustrating.
Does this rather gloomy picture mean that his sacrifice will go down the drain? Not exactly. Father James deeply believes in the value of forgiveness and the case of his killer-to-be shows us exemplary how powerful weapon it can be. Deeply harmed as an innocent child, as an adult still having this anger inside, the man evolves from a victim to an executioner. What can break this well known in psychology spiralic circle of violence is only the forgiveness and this is a truly important and deeply catholic message (awarded even with an Ecumenic Jury Award at the Berlin Film Festiwal). Not easiest to apply in own life, that is why watching Calvary may be quite disturbing, but it is definitely the movie worth seeing (and thinking of). Irrespective of your faith status.