środa, 25 lutego 2015

Filmowy przegląd 2014 roku - 'próbki' z kina marathi, bengalskiego i ... pendżabi ;)

Wracam do podsumowania ubiegłego roku. W którym dotarłam wreszcie bardziej na północ - ale jeszcze nie do kina w hindi ;)

 Timepass (marathi)

Jestem fanką Raviego Jadhava od czasu obejrzenia genialnego Natrang. I to dlatego zdecydowałam się w końcu obejrzeć Timepass - mimo poczucia, że mam już trochę dość tych, mocno ostatnio obecnych w kinie marackim, nostalgicznych 'opowieści z dzieciństwa' (czy nastolęcych lat). Nawet jeśli to, co widziałam do tej pory (choćby zrobiony przez Jadava poprzednio Balak Palak) się mi podobało. Zaczęłam więc oglądanie tej historii o pierwszej miłości ubogiego chłopaka i dziewczyny z dobrego domu dość nieufnie, na pewien 'dystans'. Z czasem jednak 'kupiła' mnie ta 'zwyczajna' opowieść: swą delikatnością, prostotą, emocjami, prawdziwością młodych bohaterów i ich otoczenia...  I nawet się już nie denerwuję zapowiadaną kontynuacją:P Bo przywiązałam się do bohatera na tyle, że jestem gotowa mu dalej kibicować - żeby faktycznie teraz udowodnił, że to było coś prawdziwego, znaczącego, a nie tylko ów tytułowy timepass (no i jestem ciekawa, jak to zrobi:D)

Chotushkone (bengalski)

Drugi film Srijita bez Prosenjita i - podobnie jak debiut - znów świat filmu. Ale inaczej, bo bardziej z suspensem. Tajemniczy producent zatrudnia czwórkę reżyserów do pracy nad nowelowym projektem. Każdy z nich ma wyreżyserować jedna nowelkę, a 'zleconym' tematem przewodnim całości jest.. śmierć. Przeciekawym pomysłem było zatrudnienie do głównych ról prawdziwych reżyserów i to takich 'z różnej półki' (zarówno wiekowo, jak pod względem rodzaju kina, z jakiego są znani), a jednocześnie mających za sobą też i doświadczenia aktorskie (jedni mniejsze - jak Goutham Ghoose, inni większe - jak Aparna czy Parambrata). Akcja toczy się trochę wielopłaszczyznowo: poza sferą bieżących relacji (i samochodowej wyprawy na spotkanie z owym tajemniczym producentem) mamy też 'przebłyski' dawnych czasów (niektórzy z bohaterów znają się dość dobrze od dawna, zresztą cała relacja Triny i Dipto to jedna z moich ulubionych rzeczy w filmie), oglądamy także 'zajawki' ich pomysłów na owe tematyczne nowelki filmowe (mnie się najbardziej podobały dwie pierwsze:D) - i długo nie możemy być pewni, do której sfery przynależą owe intrygujące, stylizowane kadry, które widzimy na samym początku filmu.... No i jest też narastające napięcie. Można chyba oglądać ten film i bez orientacji w 'bengalskim światku' (znaczy jako 'zwykłą' suspensową fabułę), ale - podobnie jak przy Autographie - traci się wtedy pewną 'podskórną' warstwę (w każdym razie ja miałam dodatkową frajdę z tego, że trochę mi się w pewnych momentach jakby zacierała granica między postacią, a odtwarzającą ją osobą). No i fajnie wiedzieć choćby, że dla odtwarzającego rolę Dipto Chiranjeeta ten film był podobnym przełomem  jak dekadę wcześniej dla Prosenjita filmy Rituparno (znaczy pokazał aktorski talent bardzo popularnego, ale mało poważnie dotąd traktowanego gwiazdora), a w roli producenta pojawia się na chwilkę kolejny (czyli już piąty) znany reżyser:D. Najwięcej obiekcji budzi zakończenie - ja aż takich problemów z nim nie mam, tak czy siak z pewnością warto zobaczyć Srijitową 'zabawę' kinem.


Punjab 1984 (pendżabski)
Rzadko oglądam filmy pendżabskie, bo i trudno mi trafić na coś sensownego z tej kinematografii (a ichniejsze wersje kolorowych romansideł 'przejadły' mi się po 2-3 tytułach). Ten tytuł zapowiadał się zupełnie inaczej. Ciekawie (zwłaszcza, gdy lubi się poznawać indyjską historię najnowszą przez kino - jak ja). Tytułowy rok odnosi się oczywiście do niechlubnej kwestii pogromów sikhów po zabójstwie Indiry Gandhi. To wydarzenie odbiło się boleśnie na losach niejednej pendżabskiej rodziny. To opowieść o losach jednej z nich. Dramat której rozpoczyna się, gdy ojciec zostanie zabity podczas pielgrzymkowej wizyty w Amritsarze. Po tym zdarzeniu spokoju nie zazna już ani uznany (chcąc-nie chcąc) za terrorystę syn, ani matka (która niewiele z tego wszystkiego rozumie, ale desperacko walczy o swych bliskich). Nie wszystko w tym filmie zachwyca (zwłaszcza, gdy zna się choćby podejmujące podobną tematykę, a jednak lepsze, bo subtelniejsze Gulzarowe Maachis). Wolałabym choćby, żeby zamiast postaci 'bojowego' syna więcej czasu poświęcono matce (to było znacznie ciekawsze, a - świetna - Kirron miałaby więcej do zagrania), ale są sceny, które niewątpliwie robią wrażenie (trudno chyba zapomnieć finał z prawdziwymi matkami, trzymającymi zdjęcia swoich zaginionych/zabitych synów, a bardziej 'fabularnie' jestem zachwycona choćby tym, jak została zrobiona scena aresztowania wracającego z pola bohatera), no i jakże fantastycznie  (i naturalnie) funkcjonuje w tym filmie pendżabska muzyka, którą uwielbiam. A i jeszcze cudowny, podły Pawan Malhotra:P Może i chciałoby się jeszcze więcej (znaczy więcej niuansów), ale to pierwszy pendżabski film, który będę naprawdę dobrze wspominać.

 

Obejrzane wcześniej:   Jaatishwar, Apur Panchali, Highway (b), Fandry (m)
Czekam na dvd:   Yellow, Ek Hazarachi Note, Dr Prakash BabaAmte, Happy Journey (m)

piątek, 20 lutego 2015

K. Vishwanath - telugowy 'piewca sztuki'

Na 80. urodziny Mistrza założyłam mu wątek na bollywood.pl. 85-te to chyba dobra okazja, żeby (po drobnym przeredagowaniu) przypomnieć ową notkę na blogu:) Zwłaszcza, że mam tu już stosowny (a dawno nie aktualizowany) dział, a - jak zapowiadałam - nie chciałabym, żeby notki w nim pojawiały się tylko przy okazji śmierci owych wielkich kina.
 
Najznakomitszy reżyser kina telugu, K. Viswanath (czyli Kasinadhuni Viswanath) urodził się 19 lutego 1930 roku w dystrykcie Guntur, w Andhra Pradeś oczywiście. Do branży filmowej trafił 'dla chleba', jako technik dźwiękowiec i początkowo w ogóle nie myślał o zostaniu twórcą. To przyszło stopniowo, w trakcie współpracy z różnymi znakomitymi reżyserami, którzy dyskutowali z nim o tajnikach i procesie tworzenia filmów. W końcu przy pracy nad filmem 'Mooga Manasulu' jego reżyser zaproponował mu zostanie swym asystentem. A po kilkunastu kolejnych filmach dostał szansę samodzielnego debiutu jako reżyser - filmem tym była 'Atma Gouravam' z  ANRem w roli głównej. Był rok 1965, ale - choć kręcił dużo i już jego wczesne filmy cieszyły się uznaniem i zdobywały nagrody (a były wśród nich także ciekawe obrazy, w których głównymi bohaterkami były kobiety) - najlepsze dzieła Vishwanatha zaczęły powstawać dopiero ponad dekadę później. Jaskółką nurtu 'o sztuce' była Siri siri muvva, prawdziwym przełomem stał się zaś nakręcony w 1979 roku 'Shankarabharanam'. Film bez gwiazd w obsadzie, któremu nie towarzyszyła żadna kampania reklamowa. Premiera odbyła się w jednym kinie przy prawie pustej sali, ale 'reklama szeptana' sprawiła, że ostatecznie stał się jednym z największych hitów kasowych tegoż roku. A potem zdobył jeszcze 4 National Awards (w tym dla najlepszego filmu popularnego oraz za muzykę). Jego sukces rozpoczął także cały trend filmów poświęconych sztuce w kinie telugu. (wśród nich były kolejne filmy samego Vishwanatha, takie jak Saagara Sangamam, Sruthi Layalu, Swarna Kamalam, Sirivennela czy Swathi Kiranam).
Bo i Vishwanath nie bez przyczyny otrzymał przydomek Kala Tapasvi czyli piewcy sztuki. Wiele jego filmów jest bowiem głęboko zakorzenionych w południowoindyjskiej kulturze i sztuce. Pokazują one jej bogactwo i piękno. Możemy tam zobaczyć wiele klasycznego tańca i usłyszeć sporo tradycyjnej muzyki. Muzycznymi współpracownikami Vishwanatha w tym dziele byli tacy uznani kompozytorzy jak Ilaiyaraaja  i KV Mahadevan. Mała próbka, czyli OST ze Shankarabhanaram:

Jednak pochwała owej rodzimej tradycji nie oznaczała bynajmniej zamknięcia oczu na pewne istniejące problemy społeczne (często też wszak z tą tradycją związane). Drugi ważny nurt twórczości Vishwanatha obejmuje bowiem kino społecznie zaangażowane. W Saptapadi mówił o kwestii aranżowanych małżeństw i problemie związków międzykastowych, w Swathi Muthyam poruszał problem wdów, w Swayam Krushi pokazywał osiąganie sukcesu przez ciężką, rzetelną pracę, a w filmie Subhalekha krytykował system posagów.
Z planu Sagary Sanganam
W filmach Vishwanatha jedne ze swoich najlepszych ról stworzyli tacy aktorzy jak Kamal czy Chiru. Obaj zagrali u niego trzykrotnie. Jednak filmy Vishwanatha, czy ze 'znanymi nazwiskami' czy nie, zawsze są przede wszystkim jego filmami, a aktorzy u niego wcielają się w dane postaci, a nie są 'gwiazdami'. Nic dziwnego, że choćby Venkatesh po 20 latach kariery do dziś podaje z dumą przykład swej roli w 'Swarna Kamalam', a Chiru uważa Vishwanatha za człowieka, który nauczył go aktorstwa.
Na planie Swayam Krushi
Filmy Vishwanatha były doceniane jednak nie tylko w AP. Reżyser ma bowiem na koncie 6 National Awards, a 'Swathi Muthyam' było w 1986 roku indyjskim kandydatem do Oscara. Jest także laureatem Padmashri czy Raghupathi Venkaiah Award. 
Z innym wielkim reżyserem z południa - Balachanderem
W latach 80 Vishwanath zaczął kręcić także w kinie bolly. Najpierw głównie remaki swoich najsłynniejszych filmów telugu, ale potem zrobił i parę 'oryginalnych' filmów hindi (w tym okresie dużo współpracował z Rakeshem Roshanem, a w jego filmach grali młodziutcy Anil, Madhuri czy Ajay)
Reżyser nigdy nie chciał robić 'sztuki dla sztuki', bo zawsze wierzył, że kino jest przede wszystkim medium służącym rozrywce. Tyle, że w trakcie tej rozrywki można przekazać widzom i jakieś przesłanie.
Z etatowo śpiewającym w jego filmach Balasubramaniaynem
Od jakiegoś jednak czasu (także w związku ze spadkiem 'zapotrzebowania' na jego kino) Vishwanatha można częściej zobaczyć przed niż za kamerą. Zaczął grać w latach 90, też trochę z przypadku (poza tym Kamal przekonał go, że aktorstwo to 'płatne wakacje':D). Można go więc zobaczyć m.in w Tagore, AMAV, Andhrudu, Pandurangadu, Mr Perfect czy Devastanam, a i w kinie tamilskim - choćby w Yaradi Nee Mohini, Linga czy nadchodzącym Utthama Villain.
Zatem na koniec Vishwanath w harikatce z Devastanam:


poniedziałek, 16 lutego 2015

Indrani (1958) - kochać to patrzeć razem w tym samym kierunku

Zapowiedziałam w poprzednim poście 'zwieńczenie Uttamowo-Suchitrowej trylogii', tymczasem oto kolejny z rzędu post poświęcony tej parze:P Wiem, że tetralogia to tak już nie bardzo brzmi, ale skusiłam się na Walentynki z Uttamem i Suchitrą a jeden z filmów okazał się tak interesujący, że grzech byłoby o nim nie napisać:)  Takiej bohaterki - wykształconej i niezależnej - jaką pokazuje ten film sprzed prawie 60 lat, mogłoby bowiem pozazdrościć wiele współczesnych produkcji z Indii.
Tytułowa Indrani pochodzi z niezbyt bogatej rodziny (i wychowuje ją samotnie ojciec), ale jest świetną uczennicą. Gdy wyjeżdża na studia do Kalkuty, zaprzyjaźnia się z Jayanti, a potem poznaje jej starszego brata, Sundarana. Młodzi 'wpadają sobie w oko' i od razu wychodzi niezależność bohaterki: to ona bowiem proponuje chłopakowi, żeby się pobrali (fakt, że jego sytuacji nie ułatwia, iż mimo świetnego dyplomu, od 2 lat nie może znaleźć pracy) i skutecznie rozwiewa jego obawy, z czego się utrzymają. Potem jedzie sama do swego ojca, żeby go poinformować (poinformować, niekonieczne prosić o zgodę:P), że się zakochała i zamierza poślubić swego wybranka (a na obiekcje ojca względem pochodzenia chłopaka - 'jaki kapłan da Wam ślub'? - błyskawicznie odpowiada: 'weźmiemy tylko 'rejestrowany':D). Tak, ta dziewczyna zdecydowanie wie, czego chce. Ale mieszkanie kątem u teściów za przyjemne nie jest, zatem intratna i prestiżowa propozycja pracy (dyrektorki szkoły, na dodatek z 'mieszkaniem służbowym') dla Indrani zdaje się być zbawieniem. Jednak sytuacja, w której to ona go utrzymuje (a co gorsze, z czasem coraz bardziej daje mu odczuć, kto 'w tym domu rządzi' i ustala zasady) nie sprzyja utrzymaniu szczęśliwego związku. Coraz bardziej sfrustrowany sytuacją Sundaran znosi i tak dużo (już dokonany przez Indrani podział pokoju na jej i jego część i określenie zasad dostępu jednej osoby do części drugiej powinien wywołać poważną reakcję), w końcu jednak (przy zarzucie podważania jej 'dyrektorskiego  'prestiżu') przelewa się czara goryczy... To nie jest jednak film o tym, jakim złem jest niezależna kobieta. Nie jest to także (choć przez pewien czas może to tak wyglądać:D) film z socjalistycznym przesłaniem, że to materializm jest źródłem wszelkich problemów. Ostatecznie - przynajmniej moim zdaniem - Indrani opowiada bowiem o tym, że żeby zbudować udany związek musi być on tworzony wspólnie, przez dwójkę równoprawnych, mających własne zdanie i liczących się ze sobą partnerów. Takim partnerem nie jest ani nadmiernie dominująca Indrani, ani zbyt uległy i pozbawiony poczucia własnej wartości Sundaran i w obojgu muszą dokonać się zmiany. Tak by byli w stanie budować coś razem. Pochwała opartego na partnerstwie związku w filmie z lat 50? Ha! A na dodatek w kasowym wówczas filmie:) Na pewno do jego sukcesu przyczyniła się i wiadoma para w rolach głównych i przepiękna muzyka (naprawdę, prawie wszystkich piosenek chce się słuchać i słuchać ponownie, więc nie jestem w stanie wybrać i tu zaprezentować po prostu jednej), ale jednak to nie jest tak, że znane, lubiane twarze i chwytliwe piosenki starczą, żeby zrobić z każdego niezupełnie rozrywkowego fabularnie filmu kasowy hit (na co jest wiele starszych i nowszych przykładów).  No i jak miło zobaczyć w starym indyjskim filmie taką deklarację 'płciową' dumnego ojca :)
Film w częściach na YT (z ang napisami)

piątek, 13 lutego 2015

Najpiękniejsze piosenki duetu Uttam - Suchitra

Pomyślałam, że Walentynki to dobra okazja, żeby zakończyć moją postową 'trylogię' tematyczną przeglądem najpopularniejszych piosenek z filmów słynnego bengalskiego duetu.

Nie da się go rozpocząć inaczej niż od słynnej pieśni 'na motorku' z filmu Saptapadi (ikonicznego melodramatu z wojną w tle). Zwłaszcza iż była to i pierwsza piosenka tego duetu, którą ja usłyszałam i zobaczyłam. O tym, jakie przełomowe było w swym czasie, iż Uttam i Suchitra się na ekranie obejmowali już pisałam, nie wspominałam natomiast chyba, iż - według relacji wnuka Uttama - tak naprawdę para nigdy nie jechała tym motorem:D (reżyser skomponował sprytną mieszankę zbliżeń aktorów i scen szerszego planu, w których to na motorze siedzieli dublerzy:D). Inną ciekawostką są okoliczności nagrywania samej piosenki. Twórcy uznali bowiem pierwotnie, iż jest ona na tyle łatwa, że może niekoniecznie trzeba angażować do jej zaśpiewania 'stały' głos Suchitry, czyli Sandhyę Mukherjee i zatrudnili inną, mniej uznaną playbacksingerkę. Niestety podczas nagrania okazało się, iż efekt był daleki od oczekiwanego (problematyczna była zwłaszcza.. fraza lalala:D)  Zatem chcąc niechcąc musieli poprosić jednak o pomoc Sandhyę. A oto efekt ostateczny, czyli Ei poth jodi na sesh hoy (Sandhyi towarzyszy  'etatowy' głos Uttama, czyli Hemanth Mukherjee - jednocześnie także kompozytor tego utworu):
O dalszych piosenkach już krócej:) Oto słynna Tumi Je Aamar, czyli 'zapomniana melodia' z Harano Sur - filmu z amnezją w tle. Śpiewa tym razem Geeta Dutt (drugi słynny głos Suchitry). Notabene ta piosenka doczekała się także wersji hindi, ale nie zdobyła ona podobnej popularności.
Pierwsza piosenka w tym zestawie, którą udało mi się znaleźć na YT z angielskimi napisami, czyli Surjo Dobar Pala z filmu Indrani (gdzie Uttam z Suchitrą grają małżeństwo w kryzysie, na skutek tego, iż ona robi większą karierę niż on). Niech zatem słońce zachodzi - śpiewa Hemant Mukherjee:
 A oto jedna z najsłynniejszych piosenek z filmu Agnipariksha - Jodi Bhool Kore Bhool. Głosem Sandhyi Suchitra wyraża radosny stan zakochania (skrupuły, że przecież formalnie jest żoną kogoś innego - film opowiada o kwestii tradycyjnych aranżowanych dziecięcych małżeństw - przyjdą później..)
I kolejna podpisana piosenka, tym razem zdecydowanie smutna. W Nabarag Suchitra gra prostą, wiejską dziewczynę, którą jej bogaty i wpływowy maż poślubił właśnie zachwycony jej 'zwyczajnością', ale po ślubie zażądał od niej zmiany w celu dostosowania się do 'jego otoczenia', czyli wyższej society. Aami Jene Sune Bish Korechhi Pan, czyli 'świadomie wypiłam truciznę, porzuciłam nadzieję na szczęśliwe życie i cicho znoszę swój ból':
Tym razem wyjątkowo bez Suchitry w klipie (choć Uttam za fortepianem - też wyjątkowo nie głosem Hemantha, ale Shyamala Mitry - śpiewa właśnie o niej:)) - Aamar Swapne Dekha Rajkanya z filmu Sagarika:
A zakończę piosenką o księżycu - Ghum Ghum Chand - z filmu Sabar Uparey, który to bynajmniej nie jest czystą love story (bohater przede wszystkim chce udowodnić niewinność ojca, skazanego lata temu na dożywotnie więzienie za morderstwo, którego nie popełnił):
I zachęcam do posłuchania i obejrzenia także innych piosenek (i filmów) z udziałem tej cudownej pary :)

środa, 4 lutego 2015

MB Chowdhury: "Uttam Kumar & Suchitra Sen - pierwsza para kina bengalskiego"

Byli jak Radha i Krishna na srebrnym ekranie.
Madhabi Mukherjee
Idąc 'za ciosem', po biografii samego Uttama sięgnęłam po książkę,  która omawia fenomen Uttama i Suchitry jako pierwszej (i do dziś 'niepobitej') bengalskiej ekranowej superpary. Jej autorką jest kobieta i może dlatego ton tej książki jest zdecydowanie bardziej ciepły i osobisty niż w przypadku biografii Uttama (której 'suchość' jednak mi trochę przeszkadzała). Świetnym zabiegiem jest też rozpoczynane każdego rozdziału książki dobranym stosownie do jego zawartości cytatem z Tagore'a. Merytorycznie Maitreyee B Chowdhury, podobnie jak Mullick, wychodzi od nakreślenia tła epoki, w której pojawiła się owa ikoniczna para i nawet to jest napisane przystępniej (i zwraca uwagę na dodatkowe aspekty - jak choćby fakt, iż para Uttam-Suchitra stanowiła rodzimą 'odpowiedź' na 'inwazję' ówczesnych glamurowych par kina hindi - z Rajem i Nargis na czele - przywracając rodzimej kinematografii wielu bengalskich widzów, którzy w ówczesnych niełatwych czasach chcieli zobaczyć na ekranie nie tylko surowy realizm, z którego słynęło od początku kino bengalskie, ale 'powiew' innego, piękniejszego świata - taki eskapizm w dobrym stylu, z aktorami, do których można wzdychać i piosenkami, które można nucić po seansie).  Potem autorka przybliża osobno postać Uttama i Suchitry (i ich drogę do filmu). O ile w części tyczącej Uttama raczej nic mnie już tu nie zaskoczyło, o tyle o Suchitrze aż tyle nie wiedziałam - poczynając od tego, iż wprawdzie używała prawdziwego (znaczy po mężu) nazwiska, ale imienia już nie i że zaczęła karierę nie tylko jako już mężatka, ale także i młoda matka (Moon Moon w momencie jej debiutu miała bodajże 4 latka) - choć nie jest to, wbrew tezie autorki, pierwszy casus gwiazdy-młodej matki w kinie indyjskim (młodą matką, na dodatek samotną, była rozpoczynając karierę choćby Durga Khote). Maitreyee ubarwia te portrety masą smakowitych anegdot (choćby opowieść, jak to Suchitra podstępem szczepiła swego reżysera w czasie epidemii cholery:D), które jak sądzę pozwalają czytelnikowi zbliżyć się do bohaterów książki. Godną uwagi ciekawostką jest również  fakt, iż Suchitra - podobnie jak Uttam - także śpiewała (i w zasadzie najpierw to chciała nie grać, ale nagrywać piosenki), ale - w odróżnieniu do  casusu Uttama - udało jej się nagrać parę piosenek i do swoich filmów.  Przechodząc do analizy ich fenomenu jako pary autorka opowiada m.in o tym, jaką ikoną stylu była Suchitra dla wielu ówczesnych Bengalek (w tej parze Suchitra grała zwykle rolę osoby z wyższych sfer - takiej divy, a Uttam był raczej 'chłopakiem z sąsiedztwa') oraz jakie wrażenie robiła na widzach ekranowa intymność Uttama i Suchitry (na dzisiejsze czasy to pewnie niewiele, ale byli pierwszą bengalską parą, która na ekranie się dotykała i obejmowała).  Analizując ich niezwykłą chemię pisze też o najsłynniejszych wspólnych filmach (na końcu książki znajduje się ich pełen spis), scenach i piosenkach (jak Uttam miał jeden etatowy 'głos', tak Suchitra dwa:)), ale pisze też o tym, jakie relacje para miała prywatnie oraz zestawia fenomen jej popularności z przykładami słynnych par z kina hindi (stawiając tu kontrowersyjna pewnie tezę, że ich wyjątkowość polega na tym, iż w odróżnieniu od tamtych par - które były utożsamiane z jakimś jednym konkretnym aspektem miłości na ekranie -, Uttam i Suchitra sprawdzali się równie dobrze w jej wszystkich odcieniach). Pisząc pokrótce o rolach obojga w kinie hindi autorka zastanawia się, czemu nikt nie wpadł na pomysł, żeby obsadzić ich i tam razem (to faktycznie ciekawe pytanie). Przytacza też wiele interesujących opinii o Uttamie i Suchitrze z ust zarówno bengalskich, jak i hindi gwiazd (np. Dilip wychwala Suchitrę, a syn Uttama opowiada,  z jaką atencją gwiazd spotykał się jego ojciec będąc w Mumbaju).
Bardzo dobrze mi się to czytało i aż sobie westchnęłam z żalu, że już koniec... Bo - jak konstatuje i autorka - takich magicznych ekranowych par dziś już nie ma.

piątek, 30 stycznia 2015

Poznając świat Uttama Kumara: 'Mahanayak revisited' S.Mullicka

Zmarł 34 lata temu, a wciąż jest największą gwiazdą i ikoną kina bengalskiego. Rocznice urodzin i śmierci którego są uroczyście świętowane (choć tuż po jego śmierci ówczesne władze nie pozwoliły nawet na publiczne wystawienie jego ciała, by fani mogli mu oddać ostatni hołd - przyczyny czego też opisuje biografia,  o której tu mowa). Jak powiedział  po jego śmierci S.Ray (u którego Uttam zagrał dwukrotnie) 'Odeszło światło Bengalu. Nie ma i nie będzie drugiego takiego aktora jak on'. Jednak - jak wiele legend kina regionalnego - poza rodzimym Bengalem jest mało znany. Czemu i trudno się dziwić, zważywszy, że dopiero niedawno wyszła jego pierwsza biografia po angielsku. Jej autor, Swapan Mullick, z zawodu krytyk filmowy, nie traktuje jej jednak jako fanowskiego hołdu dla gwiazdy, nie koloryzuje też czy nie ubarwia faktów, ale stara się rzeczowo przedstawić postać Uttama na tle ówczesnego Bengalu i Tollygunge (czyli kalkuckiego przemysłu filmowego - nazwa tollywood powstała dopiero później, gdy to bengalska branża filmowa w  latach 80. zaczęła bardziej czerpać wzorce z sąsiedniego Mumbaju). Kreśli zatem pokrótce (zdecydowanie zbyt pobieżnie jak dla kogoś tak skromnie zorientowanego w owych realiach - polityczno-społecznych ale i filmowo-teatralnych - jak ja) specyfikę czasów, w których Uttam debiutował. Bo charyzma czy talent swoją drogą, a trafienie w odpowiedni moment (gdy to, po odzyskaniu nieodległości i partycji, także w lokalnej branży filmowej zaszły spore zmiany - przede wszystkim kryzys dotąd panującego systemu studiów filmowych na rzecz zwiększenia roli indywidualnych producentów) swoją. Być może bez tych okoliczności, powodujących spore przetasowania i nowe możliwości, skromny chłopak z klasy średniej, bez żadnego przygotowania aktorskiego (mówimy o stanie z bogatymi tradycjami kulturalnymi, gdzie prężnie rozwijał się teatr, więc aktorzy 'znikąd' nie byli tak powszechni jak gdzie indziej) mógłby trafić na takie szczyty popularności. Choć nadal nie było łatwo (z obsady pierwszego filmu  w ostatniej chwili 'wyleciał', drugi nie wszedł na ekrany, w trzecim miał tak małą rólkę, że nie było go nawet w napisach, a potem przez kilka pierwszych lat  filmy z jego udziałem robiły klapę za klapą i już nawet poważnie myślał o porzuceniu marzeń o graniu i powrocie do pracy urzędnika). Przełom nastąpił za sprawą Sare Chuattar, w którym jednocześnie po raz pierwszy zagrał z Suchitrą Sen - aktorką, z którą przez ponad dwie dekady tworzyli ikoniczną ekranową parę. Potem od sławy odwrotu już nie było, choć były i lata tłuste i chude. Z tego, co pisze Mullick, Uttam miał wiele cech 'typowej' gwiazdy (i tym bardziej uderza, jak wiele jest prawdziwego Uttama w Nayaku): z jednej strony miał niewątpliwie potencjał, spore ambicje a i dobre serce (organizował choćby sporo akcji  na rzecz emerytowanych aktorów, walczył też mocno o równe traktowanie całej ekipy na planie), z drugiej miał poczucie, ze 'bycie gwiazdą zobowiązuje' i choćby nieraz bał się zaryzykować i ulegał podszeptom 'zaufanych klakierów' podejmując kolejne 'bezpieczne projekty' (choć mnie, na tle tego, jak prezentują się gwiazdy z ościennych stanów i tak uderza różnorodność jego ról). Autor pisze też sporo o jego relacjach z ekranowymi partnerkami, z których najważniejsze są trzy panie na S: oczywiście Suchitra - z którą prywatnie akurat zawsze miał tylko relację czysto przyjacielsko-profesjonalną (i tak, w ich wspólnych filmach zawsze to nazwisko Suchitry było pierwsze); Sabitri - z którą, jak wygląda, tworzył filmowo dużo ciekawszy, bo bardziej 'realistyczny' duet (podczas gdy z Suchitrą byli raczej tym 'przeniesieniem w krainę marzeń i nieosiągalnych ideałów'), a przez chwilę byli też ze sobą związani; wreszcie Supriya - aktorka, dla której porzucił swoją rodzinę i z którą mieszkał - bez formalizacji tego związku (ona też była prawnie żoną kogoś innego) - aż do swojej śmierci (czyli kilkanaście lat). Mamy też trochę o innych popularnych (choć w żadnej sposób nie dorównujących pozycji Uttama) aktorach tego okresu. O ówczesnych bengalskich reżyserach i źródłach pomysłów na filmy  (w tych nieformalnych - choć przyznać trzeba dość nielicznych - inspiracjach z zachodu).  Oraz o bolesnych próbach zaistnienia aktora w Mumbaju (strasznie smutno się to czyta, bo odnoszę wrażenie, że zawdzięcza im dużą część swych problemów sercowych zakończonych jak wiadomo przedwczesną śmiercią na skutek kolejnego zawału). Odnoszę też wrażenie, że to w związku z profesją autora szczególnie dostało się Uttamowi w książce za serię ról dziennikarzy w latach 70 (co ciekawe w wielu z tych kiepskich ponoć filmów partnerowała mu młodziutka wówczas Aparna) - trudnym okresie w karierze aktora, gdy to  granie amanta się już niespecjalnie sprawdzało, a nie bardzo potrafił on znaleźć nowy ciekawy pomysł na siebie (problem także znany i do dziś z ościennych stanów, a wtedy dodatkowo perspektywy pozakinowych alternatyw dla aktorów były skromniejsze, no i - podobnie jak w bolly - nadchodziły lata załamania poziomu kina).  Czyta się to wszystko bardzo ciekawie (i szybko, zresztą książka ma niecałe 200 stron), choć - ponieważ, jak już napisałam, autor nie próbuje wypełniać 'luk' spekulacjami, a czasy były takie, że ani aktorzy bardzo nie zabiegali o 'promocję w mediach' (a już Uttam na pewno), ani media (przynajmniej bengalskie) o kontakty z nimi - po lekturze zostaje i owszem, także sporo niedosytu. Może jednak i to, że wielu rzeczy o Uttamie nie wiemy (i pewnie nigdy się już nie dowiemy) ma swoją wartość w tworzeniu jego legendy? W każdym razie na pewno warto przeczytać przynajmniej ten 'opis jego świata', który oferuje Swapan Mullick. Licząc, że nie będzie to ostatnia próba przybliżenia widzom spoza Bengalu postaci Mahanayaka (które to określenie - wielki aktor, bohater - zresztą przylgnęło do Uttama dopiero po jego śmierci - jak pisze Mullick, za życia nigdy by się tak nazywać nie pozwolił:))



Ciekawostki z książki:
  • jako młody chłopak Uttam [znaczy wtedy jeszcze Arun Kumar Chaterjee]  dorabiał sobie... dawaniem lekcji śpiewu (jedną  jego uczennic była jego późniejsza żona, Gauri, którą poślubił w wieku 20 lat). Tym bardziej zastanawiające, że chyba nigdy nie wykorzystano jego prawdziwego głosu w piosenkach filmowych.
  • etatowym 'głosem' Uttama (myślę, że można to porównać do casusu Kishore'a Kumara z Rajeshem Khanną) przez sporą część jego kariery był Hemanta Mukherejee (znany w kinie hindi jako Hemant Kumar) 
  • to właśnie Hemant, wyrobiwszy sobie markę i w Mumbaju, zaoferował Uttamowi potencjalnie największą szansę na zaistnienie także w kinie hindi: wyprodukowany przez niego Bees Saal Baad  z 1962r. (adaptacja bengalskiego hitu opartego luźno na prozie Conan Doyle'a zresztą) stał się olbrzymim hitem. Ponieważ jednak Uttam miał obawy względem rezygnowania z intratnych projektów na miejscu na rzecz niepewnego losu w Mumbaju z szansy tej skorzystał ostatecznie początkujący wówczas aktor Biswajeet (który dzięki tej roli stał się sporą gwiazdą w kinie hindi).
  • już jako popularny aktor Uttam zadebiutował na profesjonalnej scenie teatralnej, w Star Theatre, w sztuce Shyamali.  Prawdopodobnie jedną z ważnych przyczyn takiej decyzji - poza chęcią zagrania na uznanej scenie - był fakt, iż główną rolę żeńską (głuchoniemej dziewczyny) w owej sztuce grała Sabitri, a łączyła ich wówczas szczególna relacja. Ponoć - mimo równoczesnych zobowiązań filmowych - Uttam podszedł do sprawy bardzo profesjonalnie: punktualnie przychodził na próby i  nigdy nie odwoływał w ostatniej chwili swego udziału w zaplanowanych spektaklach. Sztuka została kilka lat później przeniesiona i na ekran, a Uttam  powtórzył także w filmie tę samą rolę (choć już z inną partnerką).
  • autor książki twierdzi, że prawdopodobnie pierwszym bengalskim filmem, który miał 'zachodnie koneksje' (czytaj: był luźnym remakiem:P) było Harano Sur (które wzięło fabularny pomysł z hollywoodzkiego Random Harvest). Na pewno jednak podobnie inspirowane było kilka lat wcześniejsze Sadanander Mela (także z Uttamem i Suchitrą w obsadzie, choć nie na pierwszym planie)
  • reżyserzy bardziej autorskiego kina raczej omijali gwiazdy pokroju Uttama (S.Ray sięgnął po niego dopiero, gdy napisał scenariusz, w którym głównym bohaterem był właśnie kinowy gwiazdor). Uttam zagrał jednak w debiutanckim filmie Mrinala Sena Raat Bhor, choć ostatecznie Mrinal uznał ten film za nieporozumienie i 'wyparł' się go. 
  • w 1963 roku, w dniu urodzin swej żony, po kłótni z nią Uttam opuścił swój dom i poszedł przenocować u Supryi (która także formalnie nie była stanu wolnego, ale mieszkała już wówczas sama z córką), gdzie już pozostał. Ich związek, nigdy nie sformalizowany, trwał do końca życia Uttama  (czyli 17 lat). Uttam jednak pomagał finansowo swej 'prawowitej' rodzinie. 
  • po śmierci Uttama dorastająca wówczas córka Supriyi wniosła do sądu pozew o uznanie jej praw do spadku po aktorze, twierdząc, iż ten ją formalnie adoptował. Nie udało się tego jednak ostatecznie udowodnić (wymagałoby to w tej sytuacji zgody zarówno żony Uttama, jak i męża Supriyi)
  • Uttam zmarł na planie filmu Ogo Bodhu Shundor - nieformalnej adaptacji My fair lady. Po śmierci aktora film został dokończony z użyciem sobowtóra, a rolę Uttama zdubbingował jego młodszy brat, także aktor - Tarun Kumar.
  • Suchitra Sen, która w owym czasie już wycofała się z grania i nie pokazywała się w ogóle publicznie, przyszła złożyć ostatni hołd jego ciału i położyć mu rękę na czole. Ponoć obiecała mu to kilka lat wcześniej.
  • Jedna ze stacji kalkuckiego metra nosi nazwę Mahanayaka Uttama Kumara. Obok stacji Tollygunge, czyli niedaleko studiów filmowych, w których pracował, stoi natomiast realnej wielkości pomnik aktora.

wtorek, 27 stycznia 2015

Filmowy przegląd 2014 roku - kino tamilskie

Bogu niech będą dzięki za bluraje, bo to im zawdzięczam większość napisów do nowych filmów tamilskich (w zwykłych wydaniach dvd wciąż z tym kiepsko) 

Vaayai Moodi Pesavum
Czy nie macie momentów, gdy wydaje się wam, że świat jest za głośny? Że mówimy za dużo, a niewiele z tego wynika? Że marzy się o 'uzdrawiającej' ciszy? Tak właśnie odbiera świat bohaterka - młoda lekarka. Jej przeciwieństwem jest bohater - on, jako 'domokrążny' sprzedawca, w zasadzie żyje  'z gadania' i jest w tym naprawdę dobry. Gdy w okolicy wybucha i coraz bardziej rozprzestrzenia się tajemnicza, pozbawiająca coraz więcej osób głosu, epidemia i rząd prewencyjnie wprowadzi zakaz mówienia będzie okazja zobaczyć, jak to by było właśnie z ciszą. I to jest najpiękniejsza część filmu (pierwsza jest - chyba w sumie celowo - naprawdę męcząco głośna). Tworzy się taki specyficzny, uroczy klimat - trochę jak ze starego kina (choć tu ludzie nawet nie 'kłapią' ustami'';)).  I z jednej strony widać, że owa cisza faktycznie potrafi 'leczyć'- daje czas na przemyślenia, uczy większej empatii itp. Z drugiej okazuje się, że też i te słowa bywają potrzebne (choćby by precyzyjnie wyeksplikować otoczeniu to, co uświadomiliśmy sobie dzięki owej ciszy). Byle właśnie nie przesadzić;) Ciekawy film i bardzo udane wejście Dulquera na rynek tamilski.

Cuckoo
'Znafcy' bollywoodu (czyli kina indyjskiego, bo 'jak wiadomo' to jedno i to samo:P) przekonani są zwykle, że wszystkie filmy stamtąd są o miłości. Oczywiście to bzdura, faktem jest jednak, że różnych love stories można w Indiach spotkać sporo (ale nie tylko tam, to w ogóle wszak popularny i nośny filmowo temat;)) i w pewnym momencie mogą się one znudzić. No chyba, że twórcy wprowadzą do ogranego schematu 'on i ona jak z żurnala' coś nietypowego. I w 'Kukułce' tak właśnie jest. Z jednej strony jest tu sporo 'typowych' elementów: muzyka (cudowna! - jeden z najlepszych indyjskich OSTów zeszłego roku), kolory, miłość 'z przeszkodami' rozpoczynająca się od tego, że ona mu da (słusznie:P) po głowie, a potem świata za sobą nie będą widzieć itp. Ale ta miłość tyczy pary niewidomych i to jest ta różnica. I, co jest fajne, reżyser nie próbuje 'epatować' widza tą niepełnosprawnością - ona po prostu jest i ma swoje konsekwencje: niektóre zabawne (gdy np. bohaterowie przekonani, że mają do czynienia z tą drugą osobą, dzielą się pewnymi rzeczami z kimś całkiem obcym),  inne mniej (sceny w samochodzie), ale nie patrzy się na bohaterów jak na osoby bardziej wymagające współczucia niż 'zwykli' ludzie (których też nieraz wszak dotykają różne przykre i niezasłużone rzeczy). Może parę momentów jest ciut zbyt sentymentalnych i przedramatyzowanych, ale to także specyfika tej konwencji. Za to aktorstwo jest w całości pierwszorzędne (jestem tak zachwycona Dineshem, że obejrzenie Atthakathi saute staje się koniecznością), a humor naprawdę zabawny (co ogólnie obserwuję szerzej w tym nowym nurcie tamilskim).

Madras
Czekałam na ten film od pierwszych wzmianek, że Karthi wraca do realistycznego, 'prowincjonalnego' (choć akcja osadzona jest w północnym Ćennaju) kina. Że wreszcie wraca z bycia gwiazdą do bycia aktorem znaczy.  Może zatem za dużo nadziei sobie narobiłam? Że będą znów emocje jak kiedyś przy Paruthi Veeran? A nie było. Nie żeby ta historia 'wojny o ścianę' była nieudana, co to to nie, ale jednak zbyt chłodno przyjęłam Madras (podobnie jak kiedyś Subramaniapuram, choć tu nawet bez szoku choć na koniec), jakoś zbyt 'na dystans'. Może to jednak trzeba być 'stamtąd? A mnie z tamtymi stronami nie łączą nawet podróżne wspomnienia. Na pewno podobało mi się, że Karthi nie był tu w zasadzie gwiazdą, tylko częścią zespołu - takiej 'lokalnej paczki'. I nawet jeśli się z niej trochę wyróżniał (wykształceniem, a przez to i trochę strojem) to wciąż był 'chłopakiem stamtąd. I fajne było pokazanie, że dobre wykształcenie nie musi oznaczać chęci 'wyrwania się' z lokalnego środowiska, ale wręcz wniesienia czegoś do niego, by je zmienić na lepsze (i w ogóle, że to takie rozwiązanie - mniej filmsy, bo nie dające szybkich, spektakularnych efektów, ale przecież chyba jedyne naprawdę w dłuższej perspektywie skuteczne względem zmiany postaw - pokazano). Czekam na więcej takich poważniejszych projektów Karthiego.


Jeeva
Kolejny południowy film o krykiecie, gdzie krykieta w zasadzie nie ma tak dużo, jak by się pewnie wstępnie można spodziewać. Krytycy w większości zresztą to właśnie filmowi Suseenthirana zarzucali: że za dużo w Jeevie romansu, a za mało 'kwestii krykietowych'. O ile jestem gotowa się zgodzić, że niewątpliwie interesujący (a rzadko przez kino pokazywany - i w sumie chyba tylko w tamilach) problem układów w sporcie (że znaczy - wbrew popularnemu mitowi american dream - niekoniecznie same marzenia, upór i talent starczą do 'przebicia się' i osiągnięcia sukcesu w wybranej dyscyplinie - tu krykiecie) został naszkicowany zbyt pobieżnie, za płytko, o tyle jednak w takiej formie z tej części 'romansowej' miałam dużo więcej frajdy jako widz, bo mnie urzekła. I Vishnu też. I strasznie fajne producenckie cameo jest na końcu:D (warto wiedzieć, że panowie się prywatnie przyjaźnią, stąd ostatnio sobie tak więcej i współpracują filmowo:))


Naan Sigappu Manithan
Podobnie jak przy romansidłach doświadczam też już znudzenia konwencją hirołsowską. I podobnie może tu pomóc odświeżenie schematu, choćby poprzez uczłowieczenie hiroła jakimś ograniczeniem. Drugi rok z rzędu najlepiej sprawdza się tu film z Vishalem, a narkolepsja daje zdecydowanie ciekawsze możliwości niż zeszłoroczne jąkanie;D Dolegliwość ta zostanie bowiem wykorzystana dość szeroko, stanowiąc nie tylko 'ciekawostkę', która w toku 'właściwej akcji' nie będzie mieć większego znaczenia. Posłuży ona bowiem zarówno do ogólnej charakteryzacji bohatera, odświeżenia 'tradycyjnego' wątku romansowego (jak tu się z kimś związać, gdy każda gwałtowniejsza emocja powoduje, że 'fajtasz' i zasypiasz?^^), a i widać jej konsekwencje przy radzeniu sobie bohatera z zemstą. Specjalnie wybrałam do ilustracji 'mokry' poster, ponieważ także te sceny (bo i finałowa rozgrywka 'z wodą') nie są tu tylko 'atrakcyjnym ozdobnikiem', ale mają swoje logiczne fabularne uzasadnienie. Bardzo podobało mi się też, iż nawet w klipach bohater nie traci swych 'właściwości'. Nie przypadł mi tylko do gustu pomysł na wyjaśnienie sytuacji, która dotknęła bohaterów (cała część retrospekcyjna jakaś taka nie teges..) - myślę, że byłoby lepiej, żeby to był po prostu przypadek. Ale ostatnia scena piękna. I postawa ojca dziewczyny (cudowny Jayaprakash).  I sama dziewczyna - taka zadziora (zresztą przy bohaterze z taka przypadłością musiała wziąć sporo inicjatywy w swoje ręce:D). I Vishal uroczy. Dawno nie oglądałam z taką frajdą i emocjami 'hirołsowca' :)


 Ramanujan
Ostatnio w Indiach prawdziwa moda na biopiki. Ramanujan ma jednak na wstępie coś, co go odróżnia.  Bohatera. To  bowiem pierwsza indyjska filmowa biografia naukowca, jaką kojarzę. Postaci mało pewnie popularnej (choć ku jego czci, w dniu jego urodzin, obchodzi się w Indiach corocznie Dzień Matematyki) ale jakże wybitnej. Tamila z ubogiej bramińskiej rodziny, którego przyjęto w poczet najbardziej szanowanych brytyjskich stowarzyszeń naukowych. Którego osiągnięcia matematyczne do dziś imponują. Dlatego cieszy, że kino (nie tylko rodzime, bo i Brytyjczycy zdaje się przymierzają do filmu o nim) się nim w końcu zainteresowało. Szkoda tylko, że efekt jest taki, iż czytanie o życiu i osiągnięciach Ramanujana w Wikipedii było dla mnie bardziej ekscytujące niż oglądanie filmu o nim. Reżyser, którego cenię za przybliżenie mi postaci Periyara, nie potrafił tu jakoś zbudować filmowego napięcia, a debiutujący w roli tytułowej wnuk Geminiego i Savitri nie ma (jeszcze?) tyle charyzmy, żeby potrafił 'pociągnąć' sam cały film jak Satyaraj Periyara. Zresztą to i inny typ bohatera, mniej krewki, bardziej introwertywny - zanurzony w owej matematyce, ale i religii. Nie rozumiem też idei, że skoro już 'fundujemy' Anglikom tamilski dubbing to część dialogów i tak mówią po angielsku.  Ostatecznie najciekawsze w filmie okazały się postaci kobiece - Suhasini w roli matki i Bhama jako żona Ramanujana. Może to bardziej o nich i ich relacjach (wzajemnych i z bohaterem) powinien być ten film?

Mundasupatti
Po raz pierwszy zetknęłam się z tym filmem trafiając przedpremierowo na specjalną aplikację go promującą, dzięki której można było  wystajlować swoją fotkę 'na południowca':D Już to powinno mnie zachęcić do filmu, ale jakoś o nim zapomniałam i dopiero roczne podsumowanie mi przypomniały o tym tytule. Pomysł jest zaiste odjechany: otóż w 1947 roku pewien Brytyjczyk przyjeżdża do tytułowej wioski i robi mieszkańcom serię zdjęć. Jako iż w okolicy panuje akurat epidemia, mieszkańcy łącza serię zgonów z fotkami i dochodzą do wniosku, że to robienie zdjęć zabija:D (co ich zdaniem pomogło głównie Indiom w odzyskaniu niepodległości nie zdradzę, ale to też odlot^^) Logiczną konsekwencją będzie zatem robienie zdjęć kolejnym 'szefom wsi' dopiero po ich śmierci. Do takiej właśnie pracy zostanie zaangażowany lata później fotograf z pobliskiego miasta. Biedak (skuszony tyleż gażą, co sympatią do wnuczki umierającej 'głowy wsi') nie wie, co go czeka:D Widza czeka za to sporo dobrej zabawy okraszonej cudną stylizacją na lata 80 (wtedy rozgrywa się zasadnicza akcja) - czyli i ze smaczkami z ówczesnego kina (ha, raz Kamal, nie Rajni:D) oraz muzyki (Illayaraja of course!). Niestety z czasem widać też coraz bardziej konsekwencje faktu, iż film jest rozbudowaną wersją krótkometrażówki, znaczy zaczyna się 'ciągnąć' (zwłaszcza od momentu przymusowego pozostania w wiosce. Choć sam finał - nadający nowe znacznie pojęciu hiroła - jest znów czadowy:D). Szkoda, że twórcy uparli się na rozbudowywanie konceptu aż do ponad 2 h, myślę, że półtorej by było w sam raz (i lepsze dla tempa), niemniej i tak wolę trochę rozciągnięty fajny pomysł od rozciągniętych superprodukcji (gdzie głównym pomysłem jest zatrudnienie gwiazd i pokazanie, ile się jest w stanie na film wydać:P)



Obejrzane wcześniej:   Pannaiyarum Padminiyum, Saivam, Thegidi
Czekam na dvd:  Goli Soda, Inam, Jigarthanda, Kaaviya Thalaivan, Kayal